Na Akademii Magii na Wzgórzu Kopernika znikają spokój, herbatniki i odrobina rozsądku. Janek i Zuza trafiają na trop kaczki, która wie o fontannie zbyt wiele.
Akademia Magii na Wzgórzu Kopernika miała opinię miejsca, w którym rzeczy niezwykłe były tak codzienne, że nikt już nawet nie podnosił brwi. Profesorowie chodzili po korytarzach z minami ludzi, którzy właśnie zapomnieli własnych nazwisk, a w stołówce herbatniki uciekały z tac szybciej niż nowi studenci przed kolokwium.
Janek znał ten chaos aż za dobrze. Miał talent do pakowania się w kłopoty i jeszcze większy do komentowania ich na głos. Zuza, jego jedyna przyjaciółka, zwykle ratowała sytuację z kamienną twarzą i taką pewnością siebie, jakby rzeczywistość była jedynie nie do końca dopracowanym projektem. Podobno umiała zaklinać internet. Nikt nie wiedział, czy to prawda, bo nigdy nie zdradziła, w jakim języku to robi.
Największą dumą Akademii były kaczki. Oficjalnie stanowiły część tradycji uczelni. Nieoficjalnie były plagą, punktem orientacyjnym i zagadką, z którą nikt nie chciał się mierzyć przed śniadaniem. Pojawiały się wszędzie: między regałami biblioteki, pod prysznicami, na parapetach sal wykładowych. Zdarzało się nawet, że siadały na kartkach egzaminacyjnych z wyrazem pyska sugerującym, iż same zasługują na stopień naukowy.
Pewnego czwartku, zaraz po śniadaniu, Janek wrócił do swojego pokoju i odruchowo odsunął poduszkę. Coś pod nią zaszeleściło. Wyciągnął wymiętą kartkę, złożoną tak starannie, jakby ktoś chciał udawać tajemnicę, ale nie miał dość cierpliwości, by zrobić to porządnie.
Na papierze widniały tylko dwa słowa: „Patrz pod fontannę”.
Janek zmrużył oczy.
— To twój styl — mruknął do Zuzy, kiedy wpadła do jego pokoju chwilę później.
— Mój styl to szczerość i chaos. To wygląda zbyt dramatycznie, nawet jak na mnie.
Poszli do ogrodu, gdzie w samym środku trawnika stała wielka marmurowa fontanna. Woda spadała z niej z godnością, jakiej nie miała żadna istota w Akademii. Janek zdążył zrobić kilka kroków, kiedy drogę zastąpił im Profesor Kuropatwa.
Słynny alchemik miał na głowie kapelusz przypominający bardziej pizzę niż cokolwiek, co powinno znajdować się w szkolnym regulaminie. Patrzył na nich spod przymrużonych powiek z takim wyrazem twarzy, jakby już wiedział za dużo.
— A wy dokąd, młodzieży? — zapytał.
— Na spacer edukacyjny — wypalił Janek.
Profesor spojrzał na niego długo.
— Bardzo rozsądnie. Tylko dziś uważajcie na kaczki. Mają wyjątkowo dużo do powiedzenia.
Zanim Janek zdążył wymyślić odpowiedź, Kuropatwa minął ich lekkim krokiem i zniknął między drzewami. Zuza nawet nie mrugnęła.
— To było niepokojące — powiedziała cicho.
— W tej szkole wszystko jest niepokojące.
Nie zdążyli dojść do fontanny, kiedy usłyszeli głosy. Najpierw pojedyncze, potem coraz wyraźniejsze, aż Janek zatrzymał się gwałtownie. To nie były ludzkie głosy.
Za fontanną ktoś się kłócił. Kaczki.
Janek wychylił się ostrożnie. Na kamiennym brzegu siedziało kilka zwyczajnych ptaków, ale pośrodku stała jedna kaczka, różowa, z niebieską kokardą, i mówiła z taką pewnością siebie, jakby właśnie prowadziła posiedzenie rady nadzorczej.
— Jeśli Serce Fontanny zniknie, całe południowe skrzydło pójdzie pod wodę! — syknęła.
Janek spojrzał na Zuzę, a ona na niego.
— Słyszałeś to? — szepnęła.
Zanim zdążył odpowiedzieć, różowa kaczka odwróciła głowę i spojrzała prosto na nich.
Jej oczy nie wyglądały już jak oczy zwykłego ptaka.