Wielka wyprawa małego Olafa

Mały wiking Olaf wyrusza z przyjaciółmi na daleką wyspę i przy brzegu lasu odkrywa coś, co wprawia ich w prawdziwe zdumienie.

Za fiordami, gdzie fale szeptały o poranku, a srebrne ryby migały pod wodą, leżała wioska wikingów. Mieszkał w niej Olaf, najmniejszy z całej drużyny, ale za to najciekawszy świata. Miał rude włosy, niebieską czapkę z rogami i śmiały uśmiech, który zawsze pojawiał się wtedy, gdy ktoś mówił: „To za daleko”.

Olaf najchętniej biegał z Fridą i jej szczeniakiem Fikusiem. Dołączał do nich też Bjorn, który znał śpiewy ptaków, ich skrzydła i wszystkie ścieżki, jakimi wracają nad wodę.

Tego dnia przy przystani stał wielki statek z drewnianym smokiem na dziobie. Starsi wikingowie krzątali się wokół niego, wiązali liny i ładowali beczki. Mówili o dalekiej wyspie, o nowych opowieściach i dziwnych znakach, które ktoś miał tam odnaleźć.

Olaf stanął na palcach i zajrzał między dorosłych.

– My też chcemy zobaczyć wyspę – szepnął do Fridy.

Frida spojrzała na łódki przy brzegu, potem na Fikusia.

– Teraz albo nigdy.

Chwilę później cała trójka, a właściwie czwórka, bo Fikuś pierwszy wskoczył do łódki, odbiła od brzegu. Woda była gładka jak wypolerowana tarcza, mewy krążyły wysoko, a wiosła pluskały cicho. Olaf wiosłował z całych sił, Frida wypatrywała drogi, a Bjorn mruczał pod nosem, że wiatr pachnie sosną i czymś jeszcze, czego nie umiał nazwać.

Gdy wyspa wyrosła przed nimi z mgły, wszyscy zamilkli. Była zielona, wysoka i cicha. Sosny stały na niej jak strażnicy, a przy brzegu dojrzewały dzikie maliny. Nad piaskiem unosiło się coś, co błyszczało między gałęziami jak mała iskra.

– Tam! – szepnął Bjorn, gdy zeszli na ląd.

Przedarli się przez szeleszczącą trawę. Fikuś nagle stanął dęba, zaszczekał i zaczął kręcić się w kółko tak szybko, że aż zakręciło się od tego w głowie. Olaf spojrzał pod nogi i przystanął.

Na piasku leżał ogromny ślad. Nie był ludzki. Nie należał też do psa.

Był wielki jak misa i głęboki jak mała kałuża.

Frida mocniej przytuliła Fikusia. Bjorn przełknął ślinę.

– Kto zostawia takie odciski? – wyszeptał Olaf.

W tej samej chwili z gęstych sosen dobiegł ich szelest. Jeden krok. Potem drugi. I jeszcze jeden, powolny, ciężki, coraz bliższy...