Trójka młodych Wikingów odnajduje w jaskini tajemniczy róg z runami. Gdy wchodzą głębiej, fiord zaczyna skrywać coś znacznie groźniejszego, niż się spodziewali.
Na dalekiej północy fiord lśnił jak stal, a lodowe szczyty odbijały się w jego spokojnej tafli. Nad samym brzegiem leżała wioska Thorgard: kilka dymiących chat, woń smoły, mokrego drewna i dźwięk młotów dobiegający z kuźni. Tego dnia wszyscy byli zajęci przygotowaniami do święta przełomu zimy, ale troje przyjaciół miało w głowach coś zupełnie innego niż uczta.
Ingrid, która nigdy nie przechodziła obojętnie obok żadnej błyszczącej rzeczy, Erik, silny jak młody niedźwiedź, i Liv, pamiętająca więcej starych opowieści niż niejeden skald, wymknęli się poza zabudowania, tam gdzie śnieg sięgał po kostki, a wiatr niósł od fiordu chłód i solny zapach.
To Ingrid pierwsza dostrzegła coś ciemnego pod mchem przy wejściu do skalnej groty. Otrzepała znalezisko rękawicą i wyciągnęła z białego śniegu stary róg, ciężki, zimny, pokryty wyrytymi runami.
— Zobaczcie! — szepnęła, choć w jej głosie drżało więcej zachwytu niż strachu. — To nie jest zwykły rupieć.
Liv pochyliła się nisko. Runy były starte, ale niektóre znaki znała z dawnych pieśni opowiadanych przy ogniu.
— Tu jest mowa o czymś ukrytym pod ziemią — powiedziała wolno. — I o strażniku, który nie powinien się budzić.
Erik parsknął cicho, już podnosząc pochodnię.
— Tym bardziej musimy sprawdzić, co tam jest.
Z początku grota wydawała się zwyczajna. Mokre ściany błyszczały w pomarańczowym świetle, a z głębi dobiegał ledwie słyszalny szmer, jakby ktoś bardzo powoli przesuwał po kamieniu długie paznokcie. Im dalej szli, tym ciszej stawał się świat za ich plecami. Nawet wiatr zamilkł przy wejściu.
Pod stopami ziemia zadrżała tak lekko, że Ingrid aż przystanęła. Spojrzała na przyjaciół, ale oni też to poczuli.
— Słyszeliście? — spytała Liv.
Nie odpowiedzieli, bo z zakrętu przed nimi dobiegł niski oddech. Jeden. Potem drugi.
Ingrid uniosła pochodnię wyżej i wtedy wszyscy zobaczyli cień przesuwający się po ścianie groty. Był zbyt duży, zbyt wysoki, zbyt żywy, by należeć do skały. A gdy przeszli krok dalej, w ciemności rozbłysły dwa żółte ślepia, wpatrzone prosto w nich.