Mały Ivar i Freja słyszą z lasu za fiordem dziwny głos rogu. Gdy ruszają za dźwiękiem, między drzewami czeka na nich coś bardzo niezwykłego.
Za wysokimi, białymi od śniegu górami, nad szerokim fiordem, stała wioska wikingów. Dym wił się nad dachami, a na brzegu skrzypiały łodzie. Mieszkali tam silni wojownicy, lecz także dzieci. Ivar miał siedem lat i wszędzie zaglądał pierwszy. Freja, jego starsza siostra, miała dziewięć lat i nie cofała się przed niczym, co choć trochę pachniało przygodą.
Pewnego ranka, gdy trawa była jeszcze mokra od rosy, oboje przebudzili się naraz. Z drugiej strony fiordu, z głębi ciemnego lasu, popłynął dźwięk. Długi. Niski. Taki, że Ivar aż usiadł na posłaniu.
To nie był krzyk ptaka ani ryk zwierzęcia. To brzmiało jak róg. Ale nie jak zwykły róg.
– Słyszałaś? – szepnął Ivar.
– Słyszałam – odpowiedziała Freja i zmarszczyła brwi. – Ktoś tam chyba woła.
Mama kazała im trzymać się blisko domu, lecz dźwięk znów popłynął z lasu, tym razem jeszcze wyraźniej. Jakby coś albo ktoś odpowiadał im spod drzew. Ivar spojrzał na siostrę. Freja już zakładała ciepły płaszcz.
Ruszyli razem przez drewniany mostek, potem wąską ścieżką między kamieniami. Im bliżej byli lasu, tym ciszej robiło się dookoła. Nawet kruki umilkły. Gałązki chrzęściły pod ich butami, a wiatr pachniał śniegiem i mokrą korą.
Nagle rogi zabrzmiał jeszcze raz. Tuż przed nimi.
Za krzakiem jagód coś połyskiwało w szarym świetle poranka. Ivar odsunął gałązki i zobaczył mały srebrny róg wbity w pień starego dębu. Obok niego w śniegu ciągnęły się dziwne ślady. Nie były to łapy wilka ani ślady łosia. Były okrągłe, jakby ktoś przesuwał się po ziemi na zimnym, śliskim brzuchu.
Freja przyklękła i dotknęła śladów palcem.
– Ivarze... to nie wygląda zwyczajnie.
W tej samej chwili śnieg zaszeleścił za ich plecami. Ivar odwrócił głowę i poczuł, jak coś lekkiego muska go po ramieniu.