Wikingowie z Doliny Mgły

Erik, Solveig i Knut ruszają w las za Bjørnhavn, gdy znajdują tajemniczy znak wilka. Wśród mgły trafiają na ślady kogoś, kto najwyraźniej nie chce zostać znaleziony.

W dolinie, gdzie poranne mgły wiły się między dębami jak długie, srebrne węże, leżała wioska Bjørnhavn. Mieszkały tu rody Wikingów, a zimowe wieczory najchętniej spędzano na opowieściach o dalekich wyprawach, sztormach i skarbach ukrytych za horyzontem. Ale Erik dobrze wiedział, że czasem największa tajemnica czai się tuż za domem.

Tego ranka znalazł nad rzeką kawałek drewna. Był gładki, ciemny od wody, a na jego powierzchni ktoś wyrył wilka. Nie byle jakiego. Zwierzę miało tak dokładne linie, jakby rzeźbiarz chciał, żeby wyglądało żywe. Erik obracał znalezisko w palcach jeszcze zanim dobiegł do Solveig.

— Zobacz — powiedział, gdy tylko ją spotkał. — Tego nie zrobił ktoś z naszej wioski.

Solveig zmrużyła oczy. Lubiła zagadki bardziej niż uczty.

— Albo ktoś nie chciał, żebyśmy poznali jego imię — odparła cicho.

Knut, najmłodszy z nich, już stał gotowy z torbą przewieszoną przez ramię. Włożył do niej orzechy, suszone jabłka i krótki nóż, którego nie wolno mu było jeszcze nosić bez pozwolenia. Mimo to wyglądał tak dumnie, jakby miał płynąć na dalekie morze.

— Idziemy do lasu? — spytał. — Bo jeśli ten wilk zostawił ślad, to pewnie nie na drodze.

Erik skinął głową. Włożył drewienko do pasa i ruszyli razem za ostatnie chaty, gdzie kończyły się płoty, a zaczynał gęsty, ciemny las. Sosny stały tam tak blisko siebie, że ich pnie wyglądały jak kolumny w ogromnej hali. Mgła przesuwała się nisko nad ziemią, a światło wpadało między gałęzie w cienkich, złotych pasach.

Przez długi czas słychać było tylko ich kroki i cichy szelest paproci. Ptaki milczały.

Po chwili Solveig zatrzymała się pierwsza.

— Tutaj — szepnęła.

Ziemia była rozkopana, jakby coś ciężkiego przeciągnięto po mchu. Między korzeniami leżał stary szal, zwinięty ciasno, przetarty na brzegach i pokryty runami. Knut dotknął go tylko koniuszkiem palca, jakby bał się, że materiał zaraz przemówi.

— To wygląda jak rzecz wodza — powiedział z przejęciem.

Erik chciał odpowiedzieć, lecz wtedy za ich plecami coś trzasnęło.

Wszyscy troje odwrócili się jednocześnie.

Między pniami starego dębu mignęły oczy. Jasne. Nieruchome. Patrzyły prosto na nich spod zasłony mgły. Gałęzie zaszumiały, choć wiatru prawie nie było, a tuż obok stopy Knuta chrupnęła sucha gałąź.

Nikt się nie odezwał.

Cień pod drzewami poruszył się znowu, jakby ktoś właśnie wyszedł z mgły i stanął tuż poza zasięgiem wzroku...