Wilcza Noc na Starym Trakcie

Zosia, Grzegorz i Lena wchodzą do pradawnego boru, by sprawdzić legendę o Wilczycy z Dziewięciu Księżyców. Im głębiej w las, tym wyraźniej ktoś albo coś zaczyna ich prowadzić.

Zmierzch spływał na las ciężko i bez pośpiechu, jakby sam nie chciał przekraczać tej granicy. Zosia, Grzegorz i Lena stanęli przed pradawnym borem, z latarkami w dłoniach i niepokojem, którego nikt z nich nie chciał nazwać głośno. Mgła leżała nisko między pniami starych dębów, a mokre liście przyklejały się do butów jak ostrzeżenie. Gdzieś wysoko odezwał się puszczyk, jeden raz, krótko, i zaraz umilkł.

Stary Trakt zaczynał się prawie niewidocznie, wąską smugą ziemi wciśniętą między korzenie i paprocie. Według legendy prowadził prosto do Wilczej Polany, a kto odważył się przejść nim po zmroku, mógł natknąć się na Wilczycę z Dziewięciu Księżyców. Dla większości była to tylko opowieść z babcinych szeptów. Dla nich stała się powodem, by wejść głębiej w las.

– To ma być ta droga? – Lena zatrzymała się przy starym, przekrzywionym dębie. Na jednym z niższych konarów wisiał wianek z wyschniętych kwiatów, już prawie rozpadnięty, ale wciąż wyraźnie świeży wśród gnijącej ściółki.

– Na mapie zgadza się wszystko – Grzegorz podniósł telefon, lecz ekran zaraz przygasł od chłodu i wilgoci. – Tu przecina się z drogą do Wilczej Polany. Jeśli legenda zostawiła gdzieś ślad, to właśnie tutaj.

Zosia nie odpowiedziała od razu. Coś w tym miejscu od początku było nie tak. Las nie brzmiał jak zwykły las. Nie szeleścił, nie oddychał, nie układał się w znajomy, nocny rytm. Raczej nasłuchiwał.

Zrobiła kilka kroków w bok i wtedy jej but zahaczył o coś twardego. Schyliła się, odgarnęła mech i wyjęła z ziemi mały medalion. Zardzewiały, pęknięty na krawędzi, ale wciąż ciężki od dawniej czyjejś dłoni. Na powierzchni, pod warstwą brudu, tkwiła wyryta runa ochronna.

Zosia poczuła, jak po plecach przebiega jej zimno.

– Spójrzcie.

Lena nachyliła się pierwsza. Grzegorz zaklął pod nosem, gdy zobaczył znak.

– To nie jest przypadek.

W tej samej chwili mgła zgęstniała tak gwałtownie, jakby ktoś zasunął przed nimi zasłonę. Latarki zamigotały. Z oddali dobiegło przeciągłe wycie, długie i pełne takiego smutku, że aż ścisnęło im gardła. Jedna z latarek zgasła całkiem.

Na skraju polany, gdzie przed chwilą nie było nic oprócz cienia, stanęła postać. Wysoka, nieruchoma, otulona futrzaną peleryną. Oczy błysnęły w półmroku srebrno i czujnie. Nie wyglądała jak zjawa, ale też nie jak człowiek, którego można spotkać przypadkiem na leśnym trakcie.

Postać zrobiła krok naprzód i wtedy medalion w dłoni Zosi nagle zrobił się lodowaty.

A z mgły, tuż za nią, odezwał się drugi głos.