Winda, która nie powinna działać

Marta, Kuba i Oliwier wchodzą do opuszczonego hotelu i odkrywają windę, która uruchamia się sama, choć od lat nie ma tu prądu. Za zamkniętymi drzwiami czeka coś, czego nie da się wyjaśnić.

Marta, Kuba i Oliwier od tygodni czekali na jedną wyprawę, o której nikt poza nimi nie miał się dowiedzieć. Gdy zeszli z gwarnej ulicy Górskiego Miasta i stanęli przed Hotelem Pod Szmaragdowym Jeleniem, śmiech utknął im w gardłach.

Budynek wyglądał tak, jakby ktoś zostawił go w pół kroku. Wysokie okna przygasły w ostatnim świetle dnia, a kamienne kolumny nosiły pęknięcia jak stare blizny. Za bramą trzeszczały gałęzie, choć powietrze było nieruchome. Nikt nie zapalał tu świateł od lat.

— To naprawdę jest to miejsce? — szepnął Kuba.

Marta skinęła głową i wyjęła z plecaka złożony plan pięter, zdobyty po długich godzinach szperania w internecie. Obok niego leżała mapa podziemi, trochę rozmazana, jakby drukowano ją w pośpiechu. Oliwier tylko poprawił latarkę w dłoni i spojrzał na ciemny portal wejścia.

W hallu pachniało kurzem, zimnym kamieniem i czymś jeszcze, czego nie potrafili nazwać. Ich kroki odbijały się od pustych ścian za głośno, jakby budynek słuchał każdego dźwięku. Za recepcją stał przewrócony stojak na klucze, a na posadzce połyskiwały odłamki szkła.

— Według planu winda powinna być tam — szepnęła Marta.

Ruszyli w stronę bocznego korytarza, aż Kuba nagle przystanął tak gwałtownie, że oboje prawie na niego wpadli.

Przed nimi stała stara, ozdobna winda, opleciona pajęczynami jak czymś, co dawno powinno zniknąć. Metalowe drzwi były zamknięte, ale na panelu przycisków świeciła się maleńka zielona kropka.

— To niemożliwe — powiedział Kuba tak cicho, że ledwie go usłyszeli.

Marta zmrużyła oczy.

— Może ktoś tu wrócił?

Oliwier przełknął ślinę i zerknął w głąb korytarza.

— Nie ma tu nikogo. I nie powinno być prądu.

Jak na potwierdzenie jego słów cały hall zadrżał od głuchego stuknięcia, które dobiegło nie wiadomo skąd. Potem zapadła jeszcze cięższa cisza.

Kuba zawahał się tylko chwilę. Wyciągnął rękę i nacisnął przycisk.

Winda odpowiedziała natychmiast. Najpierw cichym pomrukiem, potem coraz głośniejszym brzęczeniem, aż wreszcie drzwi rozsunęły się z przeciągłym jękiem. W środku było zaskakująco czysto, jakby ktoś przed chwilą starannie przetarł lustrzane ściany. Na podłodze, dokładnie pośrodku, leżał czarny zeszyt.

Marta podniosła go ostrożnie. Okładka była chłodna i szorstka, a na rogu widniał wytarty znak, którego nie potrafiła odczytać.

— Może jednak lepiej stąd wyjść — szepnął Oliwier.

Za późno.

Drzwi zamknęły się z suchym trzaskiem. Panel rozbłysł, choć żadne z nich go nie dotknęło, a przycisk z numerem „-2” zaświecił się czerwienią.

— Nie naciskałem tego — wydusił Kuba.

Winda ruszyła w dół.

Najpierw wolno, potem coraz szybciej, jakby spadali po niewidzialnym torze. Światło zamigotało. Raz. Drugi. Na moment zgasło całkiem, a kiedy wróciło, Marta zobaczyła, że zeszyt sam się otworzył na pierwszej stronie.

Był na niej świeżo zapisany, równy, czarny napis:

„Kto przekroczy próg, nie wróci taki sam.”

W tym samym momencie winda szarpnęła tak mocno, że wszyscy chwycili się ścian. Gdzieś za metalowymi drzwiami odezwało się ciche, powolne stukanie. Jakby ktoś stał po drugiej stronie i czekał, aż wreszcie otworzą.