Kacper, Marta i Olga wracają do starego dworu na skraju miasta i trafiają na drzwi, które nie powinny istnieć. Za nimi zaczyna się coś, co wygląda jak portal.
Jesienny wieczór był zimny i mokry, a mgła leżała nad parkiem tak nisko, jakby chciała ukryć wszystko, co zostało po dawnym świecie. Kacper, Marta i Olga szli wzdłuż wydeptanej ścieżki na obrzeżach miasta, gdzie kończyły się latarnie, a zaczynały historie opowiadane półgłosem. Wrócili tu po latach tylko na kilka dni, żeby odpocząć od życia, które rozjeżdżało ich w trzy różne strony. Tematy miały być lekkie, ale jak zwykle skończyli na tym, co czeka dalej: studia, praca, wyjazdy, decyzje, których nie da się odłożyć bez końca.
Wysoki Dwór wyłonił się zza nagich drzew nagle, ciemny i nieruchomy, jakby wyrósł z mgły. Stary budynek od lat stał pusty, a jednak nikt nie potrafił powiedzieć, dlaczego za każdym razem sprawiał wrażenie, że ktoś go pilnuje. Marta zatrzymała się pierwsza.
Kacper prychnął, ale ruszył za nią. Olga westchnęła, poprawiła kaptur i poszła ostatnia, nie z ciekawości, tylko z poczucia, że jeśli teraz się wycofa, będzie żałować przez tydzień.
Przeszli przez zdziczały ogród, rozchylając mokre gałęzie i wysokie chwasty. Przy bocznym wejściu czekały na nich wielkie, omszałe drzwi. W drewno był wyryty wzór dwóch splecionych węży, tak dokładny, że wyglądał bardziej na znak niż ozdobę. Kacper nachylił się bliżej. Metal pod jego palcami był lodowaty.
Marta pchnęła skrzydło.
Drzwi ustąpiły z jękiem, którego nie powinno być w pustym domu. W środku uderzył ich zapach kurzu, chłodu i czegoś starszego, jakby zamkniętego tu od pokoleń. Korytarz prowadził do wielkiej sali balowej. Kiedyś musiały tu świecić żyrandole i krążyć obce twarze w eleganckich strojach. Teraz podłogę pokrywał pył, a cisza była tak gęsta, że aż nienaturalna.
Olga pierwsza zauważyła, że jedna ze ścian nie zgadza się z resztą.
Przyłożyła dłoń do chłodnej, gładkiej powierzchni, która przypominała szkło bardziej niż tynk. Odpowiedziało jej ciche, głębokie brzmienie, jakby gdzieś pod spodem spadała kropla wody.
Marta przyklękła przy podłodze. Między deskami zobaczyła wąską szczelinę, z której sączył się blady, niebieski blask.
W niszy przy ścianie leżała metalowa kula, ciężka i zimna, pokryta drobnymi znakami. Kacper wyjął ją ostrożnie, bardziej z odruchu niż z odwagi. Gdy tylko zamknął ją w dłoni, światło wystrzeliło po całej sali. Pył na podłodze uniósł się w powietrze. Cienie pękły na kawałki.
Ściana rozfalowała się jak tafla wody uderzona niewidzialnym kamieniem.
Przestrzeń zadrżała. Kontury mebli i framug zaczęły się rozmywać, a w samym środku migotania wyłoniły się drzwi, których przed chwilą tam nie było: bez klamki, bez zawiasów, otulone cienkimi, świetlistymi nićmi.
Nikt się nie odezwał. Nawet Olga przestała oddychać na ułamek sekundy.
Marta zrobiła krok do przodu, jakby coś ciągnęło ją ku temu przejściu. Wyciągnęła rękę i dotknęła powierzchni drzwi.
Rozległ się suchy, głuchy trzask, a spod jej palców wypłynęło światło tak jasne, że cała sala zniknęła jej z oczu.