Wśród Wzburzonych Linii Czasu

Siedemnastoletni Adam i Maja odkrywają w opuszczonej kamienicy w centrum Warszawy urządzenie, które może rzucić ich w sam środek innych epok.

Warszawa drżała czerwcowym zmierzchem, a światło latarni odbijało się w brudnych szybach opuszczonej kamienicy. Adam stał na klatce schodowej i przez moment miał ochotę zawrócić. Zapach kurzu, wilgoci i starego tynku mieszał się tu z czymś jeszcze, czymś trudnym do nazwania, jakby budynek oddychał własną, dawno zapomnianą historią.

To Maja wciągnęła go w to miejsce. Bez niej pewnie nigdy nie wszedłby do środka. On wolał ekran telefonu, jasne pokoje i rzeczy, które dało się przewidzieć. Ona zawsze szła pierwsza, jakby ciekawość była dla niej ważniejsza niż rozsądek. Teraz wspinali się w milczeniu po schodach, które jęczały pod każdym krokiem.

Adam spojrzał na zegarek. 19:13. Wydawało mu się dziwne, że tak zwykła liczba może stać się ostatnią rzeczą z jego świata, którą zobaczy bez niepokoju.

Na trzecim piętrze korytarz kończył się drzwiami innymi niż wszystkie. Ciężkimi, okutymi metalem, z rdzą wżerającą się w drewno jak popękana blizna. Klamka ustąpiła zaskakująco łatwo. W środku panował półmrok, przecięty jedynie bladą smugą światła wpadającą przez zakurzone okno.

Na środku pokoju stało urządzenie, którego Adam nie potrafił porównać do niczego znanego. Miało kształt wielkiego mechanicznego zegara, ale zamiast tarczy i wskazówek błyszczały na nim panele, dźwignie i szeregi cyfr zmieniających się bez sensu. Na jednej z metalowych płyt ktoś wyrył datę: 1944.

Adam chciał powiedzieć, że powinni stąd wyjść. Że to wszystko jest zbyt dziwne, zbyt stare, zbyt prawdziwe. Ale Maja zdążyła już położyć dłoń na ciężkiej dźwigni.

Pociągnęła ją.

Pokój zatrząsł się tak nagle, że Adam wbił paznokcie w drewno framugi. Cyfry na panelu rozbłysły chaotycznie, światło za oknem pękło na ruchome smugi, a po chwili zgasło wszystko. Z wnętrza urządzenia dobiegł niski, pulsujący dźwięk, który wchodził pod skórę i nie chciał zniknąć.

Potem świat zniknął.

Adam poczuł gwałtowny szarpnięcie w żołądku, jakby spadał, chociaż stał w miejscu. Przez sekundę widział tylko urywki: kamienne ściany, rozmazane sylwetki, błysk metalu. Gdy odzyskał oddech, nie był już w ciemnym pokoju kamienicy.

Stał na dziedzińcu pełnym ludzi w starych mundurach. Wokół rozlegały się krótkie, urwane komendy, gdzieś obok ktoś biegł, a powietrze przecięło echo syreny tak przenikliwej, że Adam aż się skulił. Maja ścisnęła jego rękę tak mocno, że zabolało.

Naprzeciw nich stanął chłopak z krótko ostrzyżonymi włosami. Trzymał broń i patrzył na nich z mieszaniną strachu oraz gniewu.

Adam otworzył usta, ale nie zdążył odpowiedzieć. Za murami rozległ się kolejny alarm, ktoś krzyknął, a dziedziniec wybuchł ruchem i chaosem. Maja cofnęła się o krok, nadal trzymając Adama za rękę. Nie wiedzieli nawet, gdzie są, a co dopiero, jak wrócić.