Marysia, Franek i Igor trafiają w lesie na trop prowadzący do miejsca, o którym nikt w Cienistym nie chce mówić. Im głębiej idą, tym dziwniej robi się wokół.
Późnym letnim popołudniem las na obrzeżach Cienistego pachniał żywicą i ciepłą ziemią. Marysia, Franek i Igor szli wolno między dębami, bo wracali już do domu, gdy Marysia nagle przystanęła. Uniosła rękę i kucnęła przy omszałym pniu.
Wśród liści odciśnięte były ślady, jakich żadne z nich nigdy wcześniej nie widziało. Szerokie, z trzema palcami, wciśnięte głęboko w miękką ziemię. Obok leżały drobne, połyskujące kamyczki, ułożone prawie równo, jakby ktoś zostawił po sobie drogę.
Franek przykucnął obok i zmrużył oczy.
Igor od razu zerknął w gęstwinę.
Marysia już śledziła linię śladów między paprociami. Nie czekała na nikogo. Franek ruszył za nią pierwszy, a Igor po chwili pobiegł za nimi, rozglądając się nerwowo na wszystkie strony.
Im dalej wchodzili w las, tym dziwniejsza stawała się cisza. Zniknęło świergotanie ptaków, a wiatr ucichł, jakby ktoś zamknął wielkie drzwi. Tylko ich kroki szeleściły w trawie. Ślady prowadziły coraz głębiej, skręcały między krzakami, wspinały się po niskim pagórku, a potem gwałtownie opadały w dolinę, której żadne z nich nie znało.
Na samym dole stał ogromny głaz porośnięty bluszczem i jasnymi porostami. Wyglądał zwyczajnie, dopóki Marysia nie zauważyła w nim ciemnego wgłębienia. Było małe, ale wyraźne, jak otwór prowadzący do środka skały.
Z wnętrza dolatywał ledwo słyszalny dźwięk. Cienki, drżący, podobny do melodii z bardzo starej zabawki.
Franek odsunął kilka liści przy wejściu i nagle zamarł.
Na ziemi leżały zardzewiałe klucze. Obok nich tkwił kawałek pożółkłej kartki z rysunkiem zegara bez wskazówek.
Marysia schyliła się bliżej otworu w skale. Dźwięk z wnętrza urwał się tak nagle, jakby ktoś po drugiej stronie usłyszał jej oddech.
W tej samej chwili ziemia pod ich stopami lekko zadrżała, a z głębi głazu dobiegło głuche echo, jak odpowiedź na pytanie, którego nikt jeszcze nie zdążył wypowiedzieć.