Lenka i Filip trafiają na ukryte przejście w szkole, które prowadzi ich do niezwykłej krainy, gdzie szczoteczki, pasta i zęby żyją własnym życiem. Noc dopiero nadchodzi.
Lenka od dawna miała wrażenie, że ich szkoła oddycha własnymi sekretami. Tego wtorku wiatr tłukł w okna tak mocno, jakby chciał się do środka wedrzeć razem z deszczem, a długa przerwa ciągnęła się bez końca. Filip, który właśnie zorientował się, że znowu zgubił swój ulubiony długopis, krążył po korytarzu coraz bardziej zirytowany. Lenka poszła z nim do szatni tylko na chwilę. Wystarczyło jednak kilka kroków, by ta chwila zmieniła się w coś, czego nie dało się już odkręcić.
Filip schylił się pod ławkę, a Lenka w tym samym momencie zauważyła, że jedna ze ścian porusza się lekko, jakby oddychała pod tynkiem. Najpierw pomyślała, że to światło, ale wtedy usłyszała cichy chichot. Nie brzmiał ani trochę jak głos uczniów. Bardziej jak szept dochodzący zza zamkniętych drzwi: „Czystość... to siła”. Filip podniósł głowę. Oboje zamarli. Szpara w ścianie rozsunęła się bezszelestnie, odsłaniając wąskie schody prowadzące w dół.
Latarki w telefonach rzuciły blade plamy na ściany. Stopnie skrzypiały pod butami, a z każdym kolejnym krokiem chłód znikał, zastępowany dziwnym, świeżym zapachem mięty. Lenka zacisnęła palce na poręczy. Filip już nic nie mówił. Na dole nie było piwnicy ani schowka, tylko rozświetlona kraina, która wyglądała, jakby ktoś ją wyczarował z piany, blasku i szkła.
Wszędzie wokół sterczały ogromne, połyskujące zęby. Między nimi mknęły szczoteczki, jedne w pelerynkach, inne w równych szeregach, jakby szykowały się do parady. Z fontann tryskała pasta do zębów, a nad polami wirowały długie srebrne nitki. Na wysokim wzgórzu migotał napis, którego nie dało się pomylić z niczym innym: Kraina Białych Uśmiechów.
Zanim zdążyli zrobić choć krok, gdzieś daleko zawył alarm. Po śnieżnobiałej równinie przebiegł ciemny cień, zbyt wielki i zbyt ciężki, by należeć do kogokolwiek zwyczajnego. Zza zębowego wzgórza wynurzyła się postać o poszarpanym, brunatnym kształcie, a powietrze nagle zgęstniało od niepokoju. Ktoś zawołał z rozpaczą: „Za późno... on już się obudził!”
W tej samej chwili obok Lenki i Filipa stanęła mała szczoteczka z błyszczącym uchwytem. Bez słowa wcisnęła im do dłoni dwa brokatowe tarcze. Na horyzoncie coś ogromnego poruszyło się jeszcze raz, a cały ten dziwny świat jakby wstrzymał oddech.