Wyprawa do Zębolandii

Tosia i Miłosz odkrywają, że nowe szczoteczki prowadzą ich do Zębolandii, gdzie między zębowymi górami i pastowymi ogrodami czai się coś bardzo niepokojącego.

Tosia i Miłosz szli ze szkoły ramię w ramię, ale prawie się nie odzywali. Oboje nasłuchiwali cichego brzęczenia z plecaków. Mama rano kupiła im nowe szczoteczki do zębów, błyszczące i jeszcze nieużywane, a Miłosz od początku twierdził, że nie wyglądają zwyczajnie.

Tosia westchnęła i już miała mu powiedzieć, żeby przestał z tymi bajkami, kiedy brat nagle przystanął. Otworzył plecak, zajrzał do środka i aż otworzył usta ze zdumienia.

Szczoteczka leżała w środku i migotała, jakby ktoś rozsypał na niej drobny srebrny pył. Tosia chwyciła swoją ostrożnie. Przez palce przebiegł jej lekki dreszcz, a z przedpokoju dobiegł dziwny szelest, choć w domu nikt jeszcze nie zdążył się poruszyć. W powietrzu zatańczyły maleńkie iskierki.

Brzęczenie nagle przybrało na sile. Szczoteczki zadrżały jednocześnie, jakby ktoś nimi potrząsał od środka. Tosia odruchowo cofnęła dłoń, ale było już za późno. Z łazienki rozlał się srebrzysty blask, a podłoga zawirowała jak cienki dywan na wietrze. Sekundę później rozstąpiła się pod ich stopami.

Krzyk utknął Tosi w gardle. Miłosz złapał ją za rękę i razem runęli w dół. Spadanie trwało tylko chwilę, ale lądowanie było zaskakująco miękkie, jak w ogromnej chmurze piany. Gdy oboje podnieśli głowy, nie byli już w łazience.

Przed nimi rozciągała się kraina, jakiej nie widzieli nigdy wcześniej. Białe góry wyrastały prosto z ziemi jak wielkie trzonowce, między wzgórzami płynęła błękitna rzeka, a nad nią przerzucono most z nici dentystycznej. W oddali rosły kolorowe krzewy pasty do zębów, a po ścieżkach maszerowały maleńkie szczoteczki w fartuszkach, machając im wesoło.

Zza zakrętu wyszedł stworek z futrem błyszczącym jak brokat. Miał szeroki uśmiech i oczy wielkie jak guziki.

Jego głos odbił się echem od zębowych szczytów.

Tosia spojrzała na Miłosza. Chłopiec już miał odpowiedzieć, kiedy z pobliskiego krzaka pasty do zębów dobiegł cichy chichot. Liście poruszyły się powoli, a spomiędzy nich wysunęła się włochata łapka. Chwilę później między białymi drzewkami zaczęły przemykać ciemne cienie.