Wyprawa pod Murem Wiatru

Lena, Michał i Patryk odnajdują na strychu mapę prowadzącą do opuszczonego miasteczka i miejsca zwanego Murem Wiatru. To, co czeka na końcu drogi, nie daje im spokoju.

Lena przyjeżdżała do dziadka tylko na wakacje, ale zawsze wiedziała, że najciekawsze rzeczy w tym domu kryją się wysoko pod dachem. Tego popołudnia na strychu było duszno i jasno, a kurz wirował w promieniach słońca jak drobny popiół. Michał grzebał w kartonach, Patryk przesuwał ciężkie pudła, szukając czegokolwiek, co dałoby im pretekst, żeby jeszcze chwilę nie schodzić na dół.

Patryk naparł barkiem na starą skrzynię i ta zsunęła się z cichym jękiem. Pod nią coś zabrzęczało. Lena uklękła pierwsza. W szczelinie między deskami wystawał zmięty, pożółkły brzeg papieru.

"Patrzcie" - powiedział Michał, a jego głos od razu ucichł, jakby sam strych kazał mówić szeptem.

Lena wsunęła palce w szparę i wydobyła starannie złożony pergamin. Był szorstki, kruchy na krawędziach, ale rysunek na nim zachował się zaskakująco wyraźnie. Las. Jezioro. Droga przecinająca pustkowie. I ogromny mur, narysowany grubą kreską, z pęknięciem biegnącym przez środek jak rozbłysk błyskawicy.

Pod spodem widniał napis, wykaligrafowany niepewną ręką: "Za Murem Wiatru czeka ten, kto nie boi się prawdy".

Przez chwilę nikt się nie odezwał. Na strychu słychać było tylko tykanie starego zegara z parteru i odległe uderzenia gałęzi o szybę. Patryk pierwszy przełamał ciszę.

"To nie wygląda jak żart" - powiedział, a potem spojrzał na Lenę, jakby od niej zależało, czy w ogóle wolno im to traktować poważnie.

Wieczorem rozłożyli mapę na kuchennym stole. Dziadek, zajęty w swoim pokoju, nawet nie zauważył, że coś wynieśli ze strychu. Lena przesuwała palcem po liniach, które prowadziły poza ich miasteczko, przez lasy i drogę, której nikt z nich nigdy nie próbował znaleźć. Michał udawał obojętność, ale co chwilę zerkał na pergamin, jakby obawiał się, że zniknie, jeśli odwróci wzrok. Patryk mówił niewiele. Tylko raz zapytał, czy ktoś z nich pamięta historię o Muru Wiatru.

Następnego ranka ruszyli wcześniej, niż słońce zdążyło naprawdę rozgrzać dzień. Plecaki mieli ciężkie od wody, latarek i kilku rzeczy zabranych w pośpiechu, ale mapa prowadziła ich pewnie. Szli przez las, gdzie powietrze stawało się chłodniejsze z każdym krokiem, potem przez zardzewiały most nad rzeką tak wąską, że z góry wyglądała jak pęknięcie w ziemi. Im dalej szli, tym mniej mówili.

Opuszczone miasteczko pojawiło się nagle, spowite mgłą, jakby wyrastało z niej niechętnie. Puste okna patrzyły na nich czarnymi oczami, a wiatr poruszał zawieszonymi nad ulicą resztkami szyldów. Na rynku, pod zardzewiałym zegarem, znaleźli kamień z wyrytym symbolem błyskawicy.

Lena przykucnęła i dotknęła znaku.

W tej samej chwili z mgły dobiegł ich szmer. Nie był to zwykły szelest liści ani przeciąg między ruinami. Brzmiał jak głos, który znał ich imiona.

Wszyscy troje zastygli.

Mgła poruszyła się powoli, rozstępując się przed nimi, a pośrodku placu zaczęła wyłaniać się wysoka, nieruchoma sylwetka, tak samo ciemna i nierealna jak na starych opowieściach dziadka.