Młodzi wikingowie trafiają na wyspę, której nie ma na żadnej mapie. Wśród mgły, porzuconych łodzi i śladów dawno znikłych ludzi czeka na nich coś, czego nie powinno tam być.
Zimny wiatr bił w twarze tak mocno, jakby morze chciało wypchnąć ich z powrotem ku fiordom. Drakkar ciął stalowe fale, a każdy ruch wioseł brzmiał w ciszy jak uderzenie w kości. Svar, syn Torstena, trzymał rytm bez słowa, choć w żołądku czuł twardy, nieprzyjemny skurcz. To miała być ich pierwsza wyprawa bez starszych wojowników. Pierwsza próba, której nie da się wyśmiać ani cofnąć.
Olof siedział naprzeciw niego z tym samym półuśmiechem, który zwykle oznaczał kłopoty albo głupią odwagę. Jorunn nie mówiła nic, tylko patrzyła przed siebie z włócznią opartą o kolano, jakby już dawno wiedziała więcej od nich wszystkich. Za rufą gęstniała mgła. Nad nią wisiał księżyc wielki, czerwony i tak ciężki w barwie, że aż trudno było patrzeć prosto.
Svar odwrócił wzrok od nieba, gdy Olof nagle się wyprostował.
Najpierw wyglądało to na cienki pas ciemności w mlecznej ścianie mgły. Potem zarys nabrał kształtu: wyspa. Niska, dzika, porośnięta gęstą zielenią, jakby wyrwana z innego świata i rzucona na ich kurs bez ostrzeżenia. Żadna mapa z domu jej nie pokazywała. Przy brzegu kołysały się łodzie, stare i opuszczone, częściowo wciągnięte w piasek, jakby ktoś zostawił je w pośpiechu. Albo uciekając.
Nie było dyskusji. Wyprawa nie cofnęła się przed nieznanym tylko po to, by zawrócić przy pierwszym znaku lądu. Dobili do brzegu, a gdy Svar postawił stopę na mokrym piasku, poczuł pod palcami coś dziwnego: grunt był ciepły, choć noc powinna go dawno wychłodzić. W powietrzu wisiał zapach soli, wilgoci i czegoś jeszcze, ostrego i gorzkiego, jakby popiołu.
Przedzierali się przez splątane zarośla bez słowa. Liście ocierały im ramiona, a gałęzie chwytały za ubrania jak palce niechętne intruzom. Po kilkudziesięciu krokach las rozstąpił się nagle i stanęli na skraju wioski.
Chaty stały krzywo, przytulone do ziemi i porosłe mchem, jakby od lat nikt ich nie dotykał. Drzwi wisiały otwarte. Przy jednej z izdeb leżała przewrócona misa, przy innej pęknięta tarcza. Nie było ludzi, nie było psów, nie było dymu z palenisk. Tylko cisza, zbyt gęsta, by była zwyczajna.
Wtedy z wnętrza najbliższej chaty dobiegł dźwięk.
Nie trzask, nie skrzypienie. Coś cichego, długiego, prawie ludzkiego. Jak szept wypowiadany przez gardło, które dawno nie znało ciepła. Olof przestał oddychać. Jorunn uniosła włócznię. Svar zacisnął palce na toporze tak mocno, że zbielały mu knykcie.
Odpowiedziało mu szuranie za plecami.
Odwrócili się jednocześnie. Zza chaty wypadło coś ciemnego i niskiego, znikając w gęstwinie zanim ktokolwiek zdołał dostrzec twarz albo kształt. Gałęzie zatrzęsły się gwałtownie, a ziemia pod ich stopami drgnęła, jakby pod wyspą coś się poruszyło.
Svar poczuł, że serce zaczyna mu walić w gardle. W czerwonym świetle księżyca opuszczona wioska wyglądała teraz jak miejsce, z którego ktoś właśnie uciekł. Albo do którego dopiero wracał.