Za kurtyną uczuć

W starym teatrze licealiści przygotowują finał roku, ale w kulisach coś zaczyna wyciągać na wierzch ich ukryte lęki, zazdrości i pragnienia.

Stary teatr przy ulicy Dębowej od lat stał trochę z boku świata, jakby sam nie był pewien, czy jeszcze należy do miasta. Tego wieczoru znów ożył: po skrzypiących schodach biegli licealiści z trzeciej klasy, niosąc kostiumy, teksty i kubki z zimną już kawą. W kurzu unoszącym się pod lampami wszystko wyglądało na chwilę zawieszoną między próbą a czymś, czego nikt nie chciał nazwać po imieniu.

Kuba stał na środku sceny z notatnikiem w dłoni i miną człowieka, który nie odpuszcza nawet wtedy, gdy wszyscy mają już dość. Chciał, żeby ich finałowa inscenizacja była bezbłędna, ostra, prawdziwa. Sonia, grająca główną rolę, słuchała go uważniej, niż powinna. Każde jego słowo trafiało w nią za mocno, bo od miesięcy ukrywała przed wszystkimi to, czego nie umiała nawet sama sobie powiedzieć. Obok krążył Igor, zawsze zbyt pewny siebie, z tym swoim półuśmiechem, który miał zasłaniać więcej, niż zdradzał.

Z początku napięcie wyglądało zwyczajnie. Ktoś pomylił kwestię, ktoś przewrócił stojak z rekwizytami, Kuba podniósł głos. Potem jednak w powietrzu zaczęło dziać się coś dziwnego. Sonia poczuła, że serce bije jej szybciej bez powodu, a Igor nagle urwał śmiech w połowie zdania, jakby usłyszał coś, czego reszta nie słyszała. Zza kulis dobiegł cichy szept. Nie był głośny, a jednak przeciął ciszę tak wyraźnie, że wszyscy zamilkli.

W następnej sekundzie zgasło światło. Scena zapadła się w ciemność, przerywaną tylko bladą poświatą z zaplecza. Ktoś zaklął, ktoś inny szarpnął drzwiami, ale Sonia nie mogła się ruszyć. Miała wrażenie, że ktoś stoi tuż za kurtyną i oddycha spokojnie, jakby czekał, aż oni zrobią pierwszy krok. Gdy reflektory nagle błysnęły z powrotem, na deskach stał cień, którego nie dało się przypisać nikomu z zespołu. Kuba podniósł wzrok i pobladł. Sonia poczuła, że ktoś właśnie wypowiedział jej imię, chociaż nikt nie otworzył ust.