Za lustrem: Początek Przejścia

Siedemnastoletni Jan w opuszczonym dworku znajduje pęknięte lustro, w którego tafli porusza się obcy cień. Chwilę później budynek zaczyna zachowywać się tak, jakby budził się do życia.

Jan siedział na ostatnim stopniu skrzypiących schodów i patrzył, jak przez rozbite okno wpadają blade pasma światła, przecinając kurz zawieszony w powietrzu. W dworku panowała cisza, ale nie ta spokojna. Raczej taka, która czai się tuż pod skórą i czeka, aż człowiek zrobi coś głupiego.

Właśnie dlatego Jan tu był.

Od lat przyciągały go miejsca, których inni woleli nie oglądać po zmroku. Ruiny, puste domy, stare korytarze z odpadającą farbą i śladami po czymś, czego nikt już nie chciał pamiętać. Ten dworek znalazł przypadkiem, na skraju lasu, za zdziczałym żywopłotem. Z zewnątrz wyglądał jak kolejny budynek skazany na zapomnienie. W środku było gorzej. Albo ciekawiej.

Na końcu korytarza stały zamknięte drzwi. Nie pasowały do reszty: cięższe, starsze, obite ciemnym drewnem i zardzewiałym okuciem. Jan pchnął je raz, potem mocniej. Otworzyły się z jękiem, jakby nie podobało im się to, że ktoś w ogóle spróbował.

Za nimi czekała pusta sala.

W samym jej środku stało lustro. Ogromne, wysokie niemal od podłogi do sufitu, oprawione w wygiętą mosiężną ramę, popękaną miejscami jak wyschnięta ziemia. Tafla była dziwnie czysta. Zbyt czysta. Jakby kurz omijał ją z daleka, a czas nie miał odwagi zostawić na niej śladu.

Jan podszedł bliżej, marszcząc brwi. W odbiciu powinien zobaczyć siebie, część sali, zarys otwartych drzwi. Zobaczył wszystko oprócz tego, czego się spodziewał.

W lustrze poruszał się cień.

Nie był to cień rzucany przez coś stojącego w pokoju. Falował sam z siebie, ciemny i lepki, jakby ktoś rozlał atrament pod powierzchnią szkła. Raz zbierał się w wąską smużkę, raz rozsypywał na wirujące plamy. Jan poczuł, jak po plecach przebiega mu chłód.

Powinien się cofnąć. Zamiast tego uniósł dłoń.

Gdy jego palce zbliżyły się do tafli, powietrze w sali nagle zadrżało. W oknach zaszumiało, choć za szybami nie było wiatru. Świat za plecami Jana rozmył się na moment, jakby ktoś przeciągnął po nim mokrą ręką. Z korytarza dobiegł cichy szept, potem drugi. Nie rozumiał słów, ale miał wrażenie, że ktoś wypowiada jego imię.

Tafla lustra pociemniała jeszcze bardziej.

W tym samym momencie cień w środku wyraźnie się odwrócił.

Jan zesztywniał. Coś w tej czarnej, ruchomej plamie było nieludzkie, a jednak absurdalnie świadome. Przez krótką, lodowatą sekundę miał pewność, że to coś go widzi. Że od dawna czekało właśnie na niego.

Wtedy w ciemnym odbiciu pojawiła się druga sylwetka.

Stała tuż za Janem, nieruchoma, wysoka, z twarzą tak bladą, że niemal zlewała się z mosiężną ramą. Jan poczuł, jak serce uderza mu mocniej, a za plecami rozległ się metaliczny trzask zamykanych na głucho drzwi...