Za zamkniętymi drzwiami

Kiedy rodzice Nikodema wyjeżdżają, on i Lena postanawiają sprawdzić dom po drugiej stronie ulicy. W nocy jego okna świecą, a z wnętrza dobiega coś, czego nie da się zignorować.

Nikodem siedział na parapecie i patrzył na dom po drugiej stronie ulicy. Jeszcze niedawno wyglądał jak martwa bryła: ciemne okna, odpadający tynk, krzaki wciskające się pod ściany. Teraz jednak coś się zmieniło. Od kilku nocy, dokładnie przed północą, w zanieczyszczonych szybach migało blade światło, a potem przez ciszę przebijał głuchy stukot, jakby ktoś przesuwał ciężki mebel po pustym korytarzu.

Nikodem próbował wmówić sobie, że to wiatr albo stary budynek pracuje po zmroku. Tyle że wiatr nie zapalał lamp i nie zostawiał cieni, które przesuwały się za szybą o tej samej porze. Im dłużej patrzył, tym bardziej czuł, że w tamtym domu ktoś jest i wie, że jest obserwowany.

Tego wieczoru rodzice wyjechali, a Lena przyszła niemal od razu po zmroku. Znał ją od dziecka. Potrafiła śmiać się w najmniej odpowiednim momencie, ale kiedy coś ją naprawdę interesowało, robiła się niebezpiecznie spokojna. Usiadła obok niego, spojrzała przez szybę i zmrużyła oczy.

„Widzisz to?” szepnęła. „Na piętrze. Ktoś tam chodzi.”

Nikodem skinął głową. Czuł suchość w gardle, ale ciekawość była silniejsza niż rozsądek. To nie był zwykły strach. Raczej napięcie, które wchodzi pod skórę i nie daje o sobie zapomnieć.

„Może sprawdzimy?” zaproponowała Lena, już wiedząc, że się zgodzi.

Zeszli cicho do ogrodu. Zarośla przy płocie były tak gęste, że trzeba było się przez nie przeciskać bokiem. Nikodem znał jednak miejsce, gdzie deski od dawna odstawały, więc po chwili byli już po drugiej stronie. Dom z bliska wydawał się jeszcze większy. W jednym z okien na parterze paliło się światło.

Lena dotknęła jego dłoni, krótko, jakby chciała sprawdzić, czy jeszcze się nie wycofał. Nikodem wyciągnął rękę do klamki. Drzwi ustąpiły z cichym jękiem.

W środku uderzył ich chłód i zapach kurzu. Korytarz tonął w półmroku, ale z głębi domu dobiegł ledwie słyszalny szept. Nikodem zesztywniał. To nie brzmiało jak echo ani wiatr.

Na schodach, kilka kroków przed nimi, coś poruszyło się w cieniu.