Za zegarem dziadka

Olek i Lena odkrywają ukryte drzwi w starym zegarze dziadka Kazika i trafiają do miejsca, które nie powinno istnieć.

Olek nie lubił przyjeżdżać do dziadka Kazika. W starym domu na końcu wioski wszystko skrzypiało, sapało i pachniało kurzem. Nawet czas zdawał się tam płynąć wolniej. Jedyną rzeczą, która naprawdę przyciągała wzrok, był ogromny drewniany zegar stojący w salonie. Wysoki, ciemny, z rzeźbionymi liśćmi wokół tarczy, wyglądał tak, jakby pilnował domu bardziej niż dziadek.

Tego lata Olek nie był sam. Przyjechała też Lena, jego kuzynka, która potrafiła znaleźć przygodę nawet w pustym słoiku po ogórkach. Już pierwszego dnia obiecała, że w tym domu na pewno coś się ukrywa.

Popołudniu rozpętała się burza. Deszcz stukał w szyby, wiatr szarpał gałęziami pod oknem, a dziadek Kazik drzemał w fotelu z gazetą na kolanach. Olek chciał już sięgnąć po książkę, kiedy Lena nagle znieruchomiała przy zegarze.

Przyłożyła ucho do drewna.

Olek podszedł bliżej. Najpierw usłyszał tylko tykanie. Potem coś jeszcze. Ciche szuranie, jakby za ścianą ktoś przesuwał palcami po kamieniu.

Lena zmrużyła oczy.

Przesunęła dłonią po bocznym panelu zegara. Pod palcami drewno zadrżało. Rozległ się suchy klik. Olek aż cofnął się o krok. Z boku zegara odsunęła się wąska deseczka, odsłaniając maleńkie drzwiczki z ciemnym wnętrzem za nimi.

Z środka powiało chłodem.

Lena uśmiechnęła się tym swoim odważnym, trochę szalonym uśmiechem.

Wąski tunel był tak ciasny, że musieli iść bokiem. Drewno ocierało im ramiona, a gdzieś głęboko pod nimi coś pulsowało ciepłym, złotawym światłem. Olek zaciskał palce na krawędzi ściany, jakby to mogło go zatrzymać, ale ciekawość pchała go dalej.

Tunel urwał się nagle. Dzieci wyszły do okrągłej komnaty o ścianach lśniących jak mokry kamień. Pośrodku unosiła się stara, złocista klepsydra. Piasek w niej stał nieruchomo, choć w całej sali słychać było niski, drżący szum.

Wyciągnęła rękę.

W tej samej chwili klepsydra drgnęła. Piasek ruszył gwałtownie, najpierw wolno, potem coraz szybciej, aż zaczął płynąć jak strumień światła. Ściany komnaty rozjarzyły się, wirowały kolory, a podłoga zadrżała pod stopami Olka.

Olek chciał krzyknąć, ale świat zniknął mu przed oczami.

Kiedy otworzył je znowu, stał już gdzie indziej.

Przed nim rozciągał się gwarliwy plac pełen drewnianych straganów, wąskich uliczek i ludzi w dziwnych, dawnych ubraniach. W powietrzu mieszał się zapach świeżego chleba, dymu i mokrej ziemi. Gdzieś obok parsknęła końska uprząż, a nad dachami zawisły ciężkie, szare chmury.

Lena ścisnęła jego rękaw.

Zanim zdążył odpowiedzieć, rozległ się donośny głos:

Dzieci odwróciły się powoli. Na wąskiej uliczce stał chłopiec w lnianej koszuli, z drewnianym mieczem przy pasku i spojrzeniem, które nie było ani trochę przyjazne.