Po lekcjach Alicja, Arek i Zuzka trafiają w szkolnej pracowni na słoiczek z tajemniczym składnikiem pasty do zębów. Gdy gasną światła, zwykły referat zmienia się w coś znacznie bardziej niepokojącego.
Szkoła imienia Marii Skłodowskiej-Curie w Zielonym Dębie zwykle działała jak zegarek: dzwonek, lekcja, przerwa, test, koniec. Alicja znała ten rytm aż za dobrze. Dlatego kiedy została po godzinach z Arkiem i Zuzką, żeby dopiąć referat o higienie jamy ustnej, miała tylko jedno marzenie: skończyć szybko i wrócić do domu.
Pracownia chemiczna po zmroku wyglądała inaczej niż w ciągu dnia. Blaty błyszczały od resztek światła, szkło w zamkniętych szafkach połyskiwało jak lód, a z kąta ciągnął chłód, który pachniał pyłem, metalem i mentolem z rozłożonych na stole past do zębów. Obok leżały kawałki zębów rekina przyniesione przez nauczyciela biologii do eksperymentu, a na ekranie laptopa świeciły ich notatki, pełne tabel i niedokończonych zdań.
Alicja otworzyła jedną ze starych szafek, szukając modelu szczęki. Zamiast niego znalazła mały, zakurzony słoiczek wsunięty za pudełka z odczynnikami. Etykieta była po łacinie, wydrukowana bladymi literami: Dentis Lux.
Podała słoiczek Zuzce. Ta przekręciła go w palcach, zmrużyła oczy i odczytała napis na głos, jakby próbowała sprawdzić, czy to nie żart.
– „Światło zęba” – powiedziała cicho. – Brzmi jak coś, czego nie powinno tu być.
Arek parsknął, ale bez przekonania. Otworzył wieczko tylko na odrobinę. Z wnętrza uderzył ich świeży, ostry zapach mięty, zbyt mocny, niemal lodowaty. W tym samym momencie lampy nad stołem zamigotały.
Najpierw jedna, potem druga. Na korytarzu za drzwiami rozległ się suchy szelest, jakby ktoś przesunął paznokciem po szybie. Alicja zesztywniała. Arek podszedł do okna i wyjrzał na pusty korytarz, ale zamiast odpowiedzi zobaczył tylko ciemność i własne odbicie.
Kolejny trzask. Tym razem bliżej.
Zuzka ścisnęła słoiczek tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. – To nie jest przeciąg – wyszeptała.
Światło zgasło całkiem.
W absolutnej ciemności przez chwilę nie było słychać nic poza oddechami trójki przyjaciół. Potem na środku stołu, dokładnie tam, gdzie stał słoiczek, zapalił się blady, zielonkawy blask. „Dentis Lux” świecił od środka coraz mocniej, a mięta w powietrzu stała się tak zimna, że Alicji aż zesztywniały palce.
Z cienia pod ścianą dobiegł cichy, nierealny chrzęst, jakby coś powoli przesuwało się po kafelkach.
I wtedy to coś zaczęło wychodzić prosto ku nim.