Marysia odwiedza babcię Zosię i odkrywa, że kuchenne przedmioty mówią szeptem, mrugają i mają własne pomysły na zabawę.
Pewnego popołudnia Marysia przyszła do babci Zosi. Mały, żółty domek stał pośrodku ogrodu, a za oknami śpiewały ptaki tak głośno, jakby chciały zagłuszyć sam czajnik.
Marysia od razu poczuła w nosie zapach szarlotki. Babcia, uśmiechnięta i w fartuchu w jabłka, uchyliła drzwi do kuchni. To była ulubiona część domu Marysi: wielki stół, kolorowe kubeczki, błyszczące łyżki i półki pełne słoików, które mieniły się w słońcu.
Dziewczynka wspięła się na krzesło i rozejrzała po kuchni. Wtedy usłyszała cieniutkie: „Ciii!”.
Marysia zamarła. Babcia była na werandzie i nie mogła tego powiedzieć. A jednak głos dobiegł prosto zza cukierniczki.
Po chwili spod porcelanowego brzegu wychyliła się malutka filiżanka w niebieskie kwiatki. „Tutaj” — szepnęła. Obok niej poruszyła się srebrna łyżeczka i zamigotała jak rybia łuska. Najstarszy garnek na kuchence jęknął przeciągle, aż zadźwięczały pokrywki.
„Witaj, Marysiu” — odezwał się niskim, metalicznym głosem. „Dobrze, że przyszłaś. Nie mamy czasu do stracenia.”
Zanim dziewczynka zdążyła zapytać dlaczego, solniczka podskoczyła na stole, dzbanek zakołysał się niespokojnie, a słoik konfitur zakręcił wieczkiem w prawo i w lewo, jakby chciał coś ostrzec. Po kuchni przeszedł szept:
„Coś się zbliża...”.
W tej samej chwili drzwiczki szafki drgnęły i powoli się uchyliły, a z ciemnego środka dobiegło ciche, ciężkie pomrukiwanie.