Julia i Kuba w starej bibliotece odkrywają ukryte lustro, które nie odbija zwykłego świata. Za szkłem czeka coś, co nie powinno istnieć.
Biblioteka w ich miasteczku miała swój własny oddech. Skrzypiała cicho pod stopami, pachniała kurzem, starym papierem i czymś jeszcze, czego Julia nie umiała nazwać. Dla niej i Kuby była najlepszym miejscem do odkrywania rzeczy, których nikt inny nie zauważał.
W środę po lekcjach Julia weszła między wysokie regały z tornistrem zsuniętym na jedno ramię. Kuba już czekał na końcu najstarszej alejki, przy półkach, do których prawie nikt nie zaglądał.
Przecisnęli się za rząd książek o historii miasta. Za nim nie było ściany, jak Julia zawsze myślała, lecz wąski korytarz, zasłonięty grubą kotarą kurzu. Na jego końcu stały drzwi, których nigdy wcześniej nie widziała. Zamek wisiał przekrzywiony, a skrzydło było uchylone na szerokość dłoni.
W środku panował chłód. Na środku małego pokoju stało ogromne lustro w złoconej ramie. Rzeźbione liście na obramowaniu były starte i ciemne, jakby ktoś przez lata dotykał ich tysiące razy.
Julia podeszła o krok. W tafli zobaczyła siebie, Kubę i puste półki za ich plecami. Potem mrugnęła.
Odbicie zmieniło się.
Zamiast bibliotecznego pokoju pojawił się las tak gęsty, że prawie nie było widać nieba. Między drzewami przemykało coś niewielkiego i srebrnego, a nad koronami unosił się zamek, jakby zawieszony na niewidzialnych nitkach. Julia cofnęła się odruchowo, ale w lustrze jej miejsce zajęła inna postać: ktoś w szerokim, dziwnym kapeluszu, stojący bardzo blisko po drugiej stronie.
On już wyciągał rękę, jakby chciał dotknąć szkła. Tafla zafalowała nagle jak powierzchnia jeziora, choć w pokoju nie było wiatru. Z głębi lustra dobiegł cichy stukot, a potem coś zapukało od środka, dokładnie tam, gdzie stała obca dłoń.
I wtedy lustro otworzyło się szerzej.