Dzień, w którym klatka schodowa ożyła

Siedemnastoletnia Lena wraca z trzeciego piętra starej kamienicy i odkrywa, że jej klatka schodowa nie zamierza tego dnia zachowywać się normalnie.

Lena nienawidziła poniedziałków, ale ten zaczął się tak dziwnie, że przez chwilę naprawdę pomyślała, iż jeszcze śni. Już na trzecim piętrze jej starej kamienicy powietrze pachniało inaczej niż zwykle: przy jej mieszkaniu wanilią, niżej starym papierem, a przy schodach prowadzących na parter czymś ostrym i metalicznym, jak po burzy.

Wyjęła telefon, żeby napisać do Niny, ale ekran zamigotał fioletowym błyskiem i zgasł. Lena stuknęła w obudowę palcem, potrząsnęła nim, a potem zaklęła pod nosem. Na klatce schodowej i tak było zbyt cicho, jakby kamienica wstrzymała oddech.

Na drugim piętrze minęła pana Zająca. Zazwyczaj chodził z opuszczoną głową i wyglądał, jakby wszystko go drażniło, lecz tym razem zatrzymał się przy drzwiach i uśmiechnął do niej tak, jakby znał jakiś żart, którego nikt inny nie słyszał.

Jego głos zabrzmiał dziwnie głęboko, jakby dobiegał zza zamkniętych drzwi.

Lena ruszyła dalej, coraz wolniej. Kafelki pod stopami zdawały się lekko drżeć, a żarówka nad jej głową pulsowała w rytm jej kroków. Kiedy zeszła na pierwsze piętro, zauważyła uchylone drzwi do piwnicy. Nigdy wcześniej nie były otwarte. Przez szczelinę sączyło się srebrne światło, miękkie i żywe, jakby coś po drugiej stronie oddychało.

Poczuła znajome ukłucie ciekawości. Powinna iść na autobus, na lekcje, do zwyczajnego świata, w którym wszystko miało swoje miejsce. Zamiast tego zrobiła krok w stronę piwnicy.

Z wnętrza dobiegł cichy szept.

Jej imię.

Lena stanęła jak wryta, po czym ostrożnie popchnęła drzwi. W tej samej chwili za jej plecami rozległ się suchy trzask. Drzwi wejściowe na klatkę zatrzasnęły się z hukiem, a srebrne światło wylało się na schody, zalewając wszystko bladym blaskiem.