Zagadka Białej Maski

Pięcioro licealistów trafia nocą do opuszczonego gabinetu dentystycznego, gdzie gra miejska zaczyna przypominać coś znacznie bardziej niepokojącego niż zwykłą legendę.

Był ciepły, czerwcowy wieczór, ale pod szkołą średnią imienia Kopernika powietrze miało w sobie coś niespokojnego, jakby miasto wstrzymywało oddech. Lena przyszła pierwsza, z mapą zagiętą na pół i latarką w kieszeni. Zaraz po niej pojawili się Krzysiek, Alicja, Borys i Maks. Piątka przyjaciół, którzy lubili miejskie gry terenowe bardziej niż większość ludzi lubiła wolne weekendy. Tym razem nie chodziło jednak o zwykłe punkty i hasła. Organizator wrzucił ich w legendę o Białej Masce, tajemniczej postaci pilnującej higieny jamy ustnej w opuszczonym gabinecie dentystycznym na obrzeżach miasta.

Lena uniosła kartkę, tak jakby czytała sprawę kryminalną, a nie kolejną zabawę. „Ostatnia wskazówka prowadzi na tyły starego gabinetu. Jeśli to pułapka, to przynajmniej dobrze zrobiona” powiedziała.

„Albo fatalnie zrobiona” mruknął Krzysiek, rozglądając się po pustej ulicy. „Bo już teraz mam wrażenie, że ktoś nas obserwuje.”

Stary gabinet stał na końcu bocznej uliczki, przyciśnięty do muru niskiego budynku, jakby sam chciał zniknąć. Zardzewiała tabliczka z napisem „Gabinet dr Anny Miętowej” kołysała się na wietrze. Za brudnymi szybami majaczyły zarysy fotela, lampy i wielkiego plakatu z uśmiechniętym zębem. W półmroku ten uśmiech wyglądał bardziej jak ostrzeżenie niż reklama.

Alicja nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły od razu.

W środku uderzył ich zapach starego fluoru, kurzu i wilgotnej waty. Światła latarek przesuwały się po szafkach pełnych szczoteczek, past i pudełek z nicią dentystyczną, jakby ktoś zostawił tu cały sklep i wyszedł w pośpiechu. Nikt się nie odezwał. Nawet Borys, zwykle pierwszy do żartu, tylko przełknął ślinę.

„Patrzcie tam” szepnął nagle, wskazując na fotel pośrodku sali.

Na białym obiciu leżała maska. Była gładka, bezlitosna, z miejscem na oczy zastąpionym przez dwa ogromne, lśniące siekacze. Obok, przyciśnięty szklanym ciężarkiem, leżał kartelusz z nierównym pismem: „Tylko ci, którzy nie boją się zajrzeć pod powierzchnię, wyjdą stąd z uśmiechem”.

Maks zrobił krok w tył. W tej samej chwili z głębi korytarza dobiegł suchy zgrzyt metalu, jakby ktoś przesuwał po podłodze narzędzia. Potem rozległ się cichy, krótki śmiech.

Lena podniosła latarkę. Na ścianie, tuż nad linią pękniętych płytek, pojawił się nowy napis, świeży, jakby zrobiony przed chwilą: „TEGO, CO UKRYWASZ POD JĘZYKIEM, NIE DA SIĘ OMINĄĆ”.

A potem z końca korytarza dobiegło ciche kliknięcie zamka, jakby ktoś właśnie zamknął ich od środka.