Tosia i Franek znajdują w parku srebrne ślady pod starym dębem. Prowadzą one prosto w gęste krzaki, gdzie coś właśnie zaczyna migotać.
Tosia i Franek lubili park przy swoim domu, a najbardziej stary dąb rosnący na środku polany. Jego szerokie konary dawały cień, a pod korzeniami zawsze szumiało coś tajemniczego. Pewnego słonecznego popołudnia dzieci biegały wokół pnia, gdy Tosia nagle stanęła jak wryta.
– Franek, chodź szybko! – szepnęła.
Na trawie, tuż pod dębem, widać było małe, błyszczące ślady. Nie były większe od dziecięcej dłoni. Migotały srebrzyście, jakby ktoś przed chwilą przeszedł tędy boso, zostawiając po sobie iskierki. Ślady prowadziły w stronę gęstych krzaków, do miejsca, do którego Tosia i Franek jeszcze nigdy nie zaglądali.
Franek przykucnął i dotknął jednego śladu palcem.
– On jeszcze świeci... – wyszeptał.
Tosia pochyliła się niżej. Ślady układały się w równą ścieżkę, coraz węższą i jaśniejszą, jakby coś zapraszało ich dalej. Z krzaków nie dobiegał żaden dźwięk. Tylko liście lekko drżały, choć nie było wiatru.
Dzieci spojrzały na siebie i bez słowa ruszyły za srebrnym tropem. Gdy zbliżyły się do pierwszych gałązek, wśród zieleni coś nagle zamigotało.
Tosia wyciągnęła rękę, odsunęła liście i wtedy...