Czworo przyjaciół odkrywa ukryte zejście pod liceum. Im głębiej schodzą, tym bardziej zwykły szkolny korytarz zaczyna wyglądać jak początek czegoś, co nigdy nie miało zostać znalezione.
Liceum im. Juliusza Słowackiego miało swoje własne dźwięki, zapachy i cienie, a późną jesienią wszystko to stawało się wyraźniejsze. Korytarze pociemniały wcześniej niż zwykle, mokre liście przylepiały się do szyb, a w pustych salach coś czasem trzaskało tak, jakby szkoła oddychała.
Ala lubiła takie miejsca. Tam, gdzie inni widzieli tylko nudne mury, ona szukała wzorów, ukrytych przejść i rzeczy, które nie pasowały do reszty. Bartek najlepiej czuł się przy komputerze, Lena potrafiła zadać jedno pytanie i rozbroić każdą kłótnię, a Igor zawsze chodził z zeszytem pod pachą, jakby mógł w każdej chwili narysować to, czego inni jeszcze nie zauważyli. Trzymali się razem od pierwszej klasy i po lekcjach najczęściej zostawali w bibliotece, wymyślając zagadki albo udając, że mają jeszcze chwilę do wyjścia.
W tamten wtorek szkoła powoli pustoszała. Uczniowie schodzili po schodach, ktoś śmiał się przy szatni, ktoś inny biegł do autobusu. Ala została przy skrzydle C, bo szukała starego planu budynku do projektu z historii. Wtedy zauważyła coś, co sprawiło, że przystanęła.
Przez uchylone drzwi starego magazynku podłoga wyglądała inaczej niż powinna. Nie kończyła się równo przy ścianie. Miejsce pod progiem zapadało się lekko niżej, jakby pod cienką warstwą betonu ukryto coś jeszcze.
Gdy powiedziała o tym przyjaciołom, Bartek tylko parsknął, że to pewnie zmyłka starego budynku. Ale mimo to poszli za nią.
W magazynku pachniało kurzem i dawną farbą. Kartony piętrzyły się pod ścianami, a między nimi zalegały połamane krzesła i pliki pożółkłych teczek. Lena przesunęła butem po podłodze i nagle zatrzymała się w pół kroku.
Pod warstwą brudu błysnął metalowy uchwyt.
Ala przykucnęła pierwsza. Otarła dłonią kurz, wsunęła palce pod chłodny uchwyt i pociągnęła. Przez chwilę nic się nie działo, potem rozległ się niski, przeciągły zgrzyt. Część podłogi drgnęła i odsunęła się z oporem, odsłaniając wąskie, kamienne schody tonące w ciemności.
Igor ścisnął swój zeszyt tak mocno, że zbielały mu knykcie.
Bartek już podnosił telefon, żeby włączyć latarkę. Światło przecięło kurz i spadło na ściany schodów, wilgotne i stare, jakby nikt nie schodził tędy od lat. Zapadła cisza, ciężka i nienaturalna, po czym Lena spojrzała na nich z tym swoim upartym błyskiem w oczach.
Poszli jeden za drugim, ostrożnie, trzymając się wąskich stopni. Z każdym metrem robiło się chłodniej. Powietrze pachniało pyłem, metalem i czymś jeszcze, czego Ala nie potrafiła nazwać. Nie brzmiała już nawet szkolna cisza. Coś jakby tłumiło dźwięki, jakby beton i cegły zlewały się wokół nich w jeden długi, zamknięty oddech.
Na dole czekały ciężkie drzwi z odklejoną, zardzewiałą tabliczką. Litery były wyraźne, choć dawno nie widziały światła:
Pracownia nr 0
Ala pochyliła się bliżej, chcąc usłyszeć, czy za drzwiami nie ma żadnego ruchu. Wtedy dotarł do niej cichy głos. Niewyraźny, stłumiony, jakby ktoś mówił po drugiej stronie bardzo blisko ściany.
Spojrzeli po sobie.
Bartek uniósł dłoń do klamki.
W tej samej chwili ekran telefonu zamigotał raz, drugi i zgasł zupełnie.
A z ciemności, tuż za drzwiami, rozległo się wyraźne pytanie: