Basia, Olek i Igor odkrywają w sadzie babci Heli ślad prowadzący do tajemnicy, której nikt nie powinien znaleźć tak łatwo.
Basia, Olek i Igor czekali na wakacje u babci Heli przez cały rok. Jej dom stał na skraju wsi, a za płotem rozciągał się stary sad: trochę dziki, trochę zapomniany, pełen jabłoni z popękanymi pniami, wysokich traw i pokrzyw, które łaskotały po nogach. Dzieci znały tam każdy zakręt ścieżki, każdą gałąź i każdy kamień. A jednak tego lata sad wyglądał inaczej.
Pierwszy zauważył to Igor. Pod najstarszą jabłonią, tej o powykręcanych konarach, błysnęło coś w trawie. Schylił się i podniósł ciężką, starą monetę. Była zadziwiająco gładka, jakby przez lata przesuwały po niej setki palców, a na środku miała znak przypominający literę Z splecioną z trzema liśćmi.
Basia od razu wzięła ją do ręki.
- To nie wygląda jak zwykła moneta - powiedziała cicho.
Olek aż przysiadł z emocji.
- Może to klucz do skarbu! Albo znak tajnego przejścia!
Kiedy babcia Hela przyniosła im lemoniadę, dzieci zasypały ją pytaniami. Babcia tylko spojrzała na monetę, a potem na sad, jakby sprawdzała coś w myślach.
- Ten ogród ma długą pamięć - mruknęła. - Czasem pokazuje więcej, niż by się chciało.
Nie wyjaśniła nic więcej. Uśmiechnęła się tylko tym swoim tajemniczym uśmiechem, który zawsze oznaczał, że wie coś ważnego, ale jeszcze nie chce powiedzieć.
Po południu wrócili pod starą jabłoń. Ziemia wokół drzewa była lekko rozgrzebana, a trawa w jednym miejscu przygnieciona w kształt ciasnej spirali, jakby ktoś długo kręcił się w kółko. Igor wyjął notes i zaczął rysować mapę sadu. Basia przykucnęła nisko i odgarnęła źdźbła trawy.
- Tu coś się ukrywa - szepnęła.
Olek zerknął w stronę zarośli.
- Albo coś stąd wychodzi.
Gdy słońce zaczęło chować się za domem babci, dzieci umówiły się, że następnego ranka wrócą z latarką, kompasem i lupą. Cały wieczór nie mówiły o niczym innym. Moneta leżała na stole w kuchni i błyszczała przy każdym ruchu światła, jakby czekała na dalszy ciąg.
Następnego dnia pobiegli do sadu wcześniej niż zwykle. Spirali już nie było. Zamiast niej, w miękkiej ziemi odcinały się świeże ślady butów. Prowadziły prosto między krzaki jeżyn, tam, gdzie gałęzie rosły tak gęsto, że nikt nigdy tam nie wchodził.
Basia ściszyła głos:
- Ktoś tu był w nocy.
Olek przełknął ślinę i mocniej chwycił latarkę.
- I chyba czegoś szukał.
Igor zrobił krok do przodu, ale zatrzymał się nagle.
Za jeżynami coś cicho zaszeleściło. Gałęzie rozchyliły się powoli, jakby ktoś stał tuż po drugiej stronie i właśnie miał wyjść na ścieżkę...