Siedemnastoletnia Lena trafia do szkolnego gabinetu stomatologicznego i przypadkiem słyszy rozmowę, która sugeruje, że doktor Czyszczak ukrywa coś znacznie większego niż zwykły przegląd zębów.
Lena od zawsze wolała omijać szkolny gabinet stomatologiczny szerokim łukiem. Sam zapach pasty i środków do dezynfekcji wystarczał, żeby miała ochotę zawrócić na pięcie. A jednak tego popołudnia musiała tam wejść, bo bez zaświadczenia od dentysty nie mogła jechać z klasą na wycieczkę.
Od kiedy w szkole pojawił się doktor Czyszczak, gabinet przestał wyglądać jak miejsce dla dzieci, które boją się borowania. Bardziej przypominał laboratorium połączone z małym muzeum cudów. Na półkach stały szklane probówki, przy fotelu dentystycznym błyszczały metalowe ramiona nieznanego przeznaczenia, a przy oknie tkwiła doniczka z dziwnie żwawą rośliną, którą doktor przedstawił wszystkim jako Płytusię.
Sam Czyszczak też nie pasował do szkolnych stereotypów. Miał wieczny pośpiech w oczach, kieszenie wypchane miniaturowymi tubkami pasty i ten rodzaj uśmiechu, który sprawiał, że człowiek nie wiedział, czy ma się śmiać, czy uważać.
Lena wsunęła się do środka, gdy usłyszała jego głos zza uchylonych drzwi. Mówił przez telefon tak cicho, że musiała wstrzymać oddech, żeby coś wychwycić.
– Tak, próbka jest już gotowa. Jeśli to zadziała, oni przestaną się bać szczoteczki... Nie, jeszcze nie teraz. Muszę sprawdzić jedną rzecz dzisiejszej nocy.
Poczuła chłód pod skórą. Próbka? Oni? Dzisiejszej nocy?
Zanim zdążyła się cofnąć, doktor odłożył telefon i sięgnął po stojącą na blacie fiolkę. W jej wnętrzu zamigotało intensywne, błękitne światło, jakby coś w środku właśnie się obudziło.
W tej samej chwili za oknem rozległo się brutalne, gwałtowne pukanie.