Julia, Olek i Iga wchodzą nocą do opuszczonego gabinetu dentystycznego przy Floriańskiej. Pod podłogą znajdują podziemne miasto, a potem Olek znika bez śladu.
Stary gabinet dentystyczny przy ulicy Floriańskiej stał pusty tak długo, że ludzie zdążyli obudować go własnymi historiami. Jedni mówili o krzykach, które podobno wracały tam nocą. Inni przysięgali, że w środku nadal działa coś, czego nikt nie powinien uruchamiać. Dla Julii, Olka i Igi to nie była straszna legenda, tylko wyzwanie. Jeśli naprawdę istniała Mapa Szkliwa, musiała być schowana właśnie tam.
Weszli po zmroku, przez uchylone okno w poczekalni. Powietrze było suche, ciężkie od kurzu i ostrego, chemicznego zapachu, który od razu szczypał w gardło. Ich latarki wycinały z mroku wąskie smugi światła. Na ścianach wisiały pożółkłe zdjęcia rentgenowskie, a pod nimi ktoś zostawił odręczne notatki. Krótkie, nerwowe zdania. Strzałki. Powtarzające się słowa: próchnica, szkliwo, nie dotykać.
— Ktoś tu był po nas — szepnęła Iga.
Olek tylko prychnął, ale już po chwili przestał się śmiać. W drugim gabinecie, pod starym fotelem dentystycznym, znalazł w podłodze wąską szczelinę. Przyklęknął, wsunął palce w ciemność i nacisnął mocniej. Płyta drgnęła, odsunęła się z przeciągłym skrzypnięciem i odsłoniła schody schodzące w dół.
Nie powiedzieli ani słowa. Po prostu zeszli.
Na dole czekało coś, czego żadne z nich się nie spodziewało. Przed nimi rozciągało się podziemne miasto, zbudowane z ogromnych, lśniących brył przypominających szkliwo połamane na geometryczne odłamki. Ściany odbijały światło latarek tak mocno, że wszystko wydawało się ostrzejsze, chłodniejsze, bardziej obce. Pośrodku hali stała maszyna wielkości autobusu. Miała kształt gigantycznej szczoteczki do zębów, a jej szczeciny poruszały się powoli, jakby coś niewidzialnego właśnie szorowało po drugiej stronie.
Na metalowej obudowie błyszczał napis: Czystość otwiera wszystko.
Julia podeszła bliżej pierwsza. Tuż obok maszyny leżały rozsypane kolorowe kuleczki, błyszczące jak cukierki, ale zbyt idealne, zbyt równe, by mogły być przypadkiem. Iga przyklękła, żeby jedną podnieść, kiedy w głębi tunelu rozległ się suchy trzask.
Olek syknął cicho.
— Co jest?
Złapał się za ząb, jakby przeszył go nagły, ostry ból. Zrobił krok w stronę Julii, ale w połowie ruchu światło latarki zamigotało. Na sekundę wszystko zgasło. Gdy wróciło, Olek już nie stał obok nich.
— Olek? — głos Igi odbił się echem od kryształowych ścian.
Odpowiedziało im tylko ciche, metaliczne chichnięcie gdzieś z głębi podziemnego miasta. Potem rozbłysło oślepiające światło, a na końcu sali zaczęły się otwierać ciężkie drzwi, których wcześniej nie widzieli w ogóle.