Maja, Staszek i Lena od tygodni obserwują zamknięty zakład zegarmistrza. Gdy pewnego wieczoru zapala się w nim światło, zaczyna się coś, czego nie da się wytłumaczyć.
Ulica Szeptów o szóstej wieczorem powinna tonąć w ciepłym, letnim świetle. Tego dnia była jednak dziwnie przygaszona, jakby ktoś przysłonił jej świat cienką, szarą tkaniną. Bruk pod stopami Mai skrzypiał cicho, a okna kamienic powoli zapalały się jedno po drugim. Dla większości mieszkańców był to zwyczajny wieczór. Dla Mai, Staszka i Leny oznaczał początek czegoś, co od kilku tygodni nie dawało im spokoju.
Zatrzymywali się tu niemal codziennie, niby przypadkiem, niby tylko po drodze. Właściwie wszyscy wiedzieli, że przyciąga ich jeden adres. Stary sklep zegarmistrza stał w połowie ulicy, wciśnięty między zamkniętą pralnię a kamienicę z odpadającym tynkiem. Omszała fasada, zakurzone szyby i drewniany szyld z wyblakłym napisem „Zegary i Czas” sprawiały, że wyglądał tak, jakby od lat nikt go nie otwierał. A jednak coś w tym miejscu nie pasowało. Dzwoneczek nad drzwiami poruszał się czasem bez wiatru. Wieczorami za szybą migało światło. I zawsze, kiedy któreś z nich próbowało zajrzeć do środka, miało wrażenie, że ktoś patrzy pierwszy.
To Lena zauważyła wszystko jako pierwsza. Zatrzymała się wtedy gwałtownie i ściszyła głos do szeptu. „Widziałam ruch za szybą. Nie człowieka. Raczej cień, który nie powinien się poruszać”. Maja udawała, że nic wielkiego się nie stało, ale od tamtej chwili sama zaczęła zerkać na sklep inaczej. Staszek twierdził, że to tylko zmęczenie, odbicie w szkle albo zwykły zbieg okoliczności. Mimo to także wracał wzrokiem do witryny częściej, niż chciał przyznać.
Tego wieczoru Lena nie zamierzała dłużej czekać. Stanęła przed oknem, wpatrzona w zakurzoną szybę, i skinęła na pozostałych. „Sprawdźmy to teraz. W środku pali się światło. A ja ani razu nie widziałam, żeby ktoś tam wchodził”. Staszek skrzyżował ręce. „Może ktoś po prostu zostawił lampę. Ale jeśli masz zamiar uciekać przy pierwszym skrzypnięciu, to uprzedzam, że ja nie biegnę.” Maja prychnęła, lecz sama czuła, że żart nie pomaga. W oknie odbijały się ich twarze, rozmyte i blade, a za nimi majaczyły setki zegarów, wahadeł i metalowych wskazówek.
I wtedy coś się poruszyło.
Nie było to odbicie ani przypadkowy cień. W głębi sklepu, między stojącymi jeden na drugim zegarami, pojawił się wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu. Stał nieruchomo tylko przez chwilę, po czym odwrócił głowę tak gwałtownie, jakby usłyszał ich oddechy przez szkło. Jego twarz ginęła w cieniu, ale dłonie były wyraźne: długie palce przesuwały się po czymś niewidocznym, jakby rozstawiał niewidzialne figurki albo porządkował niewidzialny mechanizm. Jego usta poruszały się szybko, choć nikt poza nim nie znajdował się w sklepie.
Potem rozległ się metaliczny trzask. Jeden zegar po drugim zaczął wybijać inne godziny, bez żadnego rytmu, bez ładu, aż z wnętrza sklepu wylała się kakofonia dźwięków tak ostra, że Maja aż zasłoniła uszy. Lena cofnęła się o krok. Staszek pobladł. Przez ułamek sekundy wszyscy troje mieli pewność, że coś w środku właśnie się uruchomiło.
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie w ich stronę.
Jego spojrzenie, choć ledwie widoczne, było tak przenikliwe, że Mai ścisnęło gardło. Zanim zdążyli zrobić krok w tył, drzwi sklepu otworzyły się z głuchym trzaskiem. Na ulicę wysunęła się czyjaś ręka. Trzymała stary kieszonkowy zegarek, ciężki i matowy, z pękniętą obudową. Tarcza mignęła w świetle latarni, a wskazówki drgnęły, jakby dopiero co przestały biec...