W liceum na obrzeżach miasta zwykły poniedziałek zaczyna się od dziwnego znaku na tablicy. Kiedy dzwonek brzmi inaczej niż zawsze, Lena, Maks i Bartek zaczynają podejrzewać, że szkoła coś ukrywa.
Poniedziałkowy poranek w Liceum im. Juliusza Słowackiego pachniał mokrymi kurtkami, kawą z automatu i początkiem nowego semestru. Na korytarzach było głośno jak zwykle: ktoś śmiał się zbyt głośno, ktoś inny narzekał na plan lekcji, a przy schodach już tworzył się korek uczniów spóźnionych o kilka sekund. Stare, ceglane mury szkoły znały ten hałas od lat, ale tego dnia Lena miała wrażenie, że coś w nich czeka.
Zauważyła to dopiero w klasie biologicznej. Na tablicy, dokładnie pośrodku, ktoś narysował znak przypominający spiralę z trzema krótkimi kreskami. Nie wyglądał jak żart klasowy ani bazgroł znudzonych młodszych roczników. Był zbyt równy, zbyt pewny. Jakby ktoś zostawił go tam celowo.
— To nie jest pismo pani Wiśniewskiej — mruknął Maks, zerkając raz na tablicę, raz na Lenę.
Bartek podszedł bliżej i spróbował zetrzeć znak ręką, potem rękawem bluzy, ale kreda nie ustąpiła. Jakby wsiąkła w farbę, choć dopiero co pojawiła się na gładkiej powierzchni.
— Dziwne — powiedziała Lena ciszej, niż chciała.
Lekcje przeciągały się niemiłosiernie, a ona co chwilę wracała wzrokiem do tablicy. Znak wcale nie znikał z jej głowy, nawet kiedy nauczycielka pytała o budowę komórki. Dopiero przerwa obiadowa przyniosła coś naprawdę niepokojącego.
Gdy szkolny dzwonek odezwał się nad ich głowami, nie zabrzmiał jak zwykle. Zamiast krótkich, ostrych sygnałów rozlał się po budynku niski, przeciągły ton, który aż zakłuł w skroniach. Światła mrugnęły i przygasły na ułamek sekundy. Na stołówce zapadła nagła cisza.
— Awaria — rzucił ktoś za plecami, ale nikt nie zabrzmiał przekonująco.
W tej samej chwili Lena spojrzała na tablicę i aż wstrzymała oddech. Narysowany znak zamigotał bladoniebieskim światłem, tak słabym, że mogła sobie wmówić, iż to tylko odbicie lamp. Tyle że ona wiedziała, że to nie było odbicie.
— Widzieliście to? — szepnęła.
Bartek wyciągnął telefon, ale ekran zgasł, zanim zdążył odblokować aparat. Maks ruszył do drzwi i nacisnął klamkę. Drzwi nawet nie drgnęły.
Za ścianą przeszedł cichy szmer kroków. Ktoś krążył po korytarzu, choć przerwa dopiero się zaczynała, a cała szkoła powinna być pełna ludzi.
Dzwonek odezwał się jeszcze raz. Tym razem z głośnika popłynął ledwie słyszalny szept:
— Czas na odkrycie prawdy...
Lena spojrzała na Maksa i Bartka. W ich twarzach zobaczyła to samo co we własnej: strach, który natychmiast zamienił się w ciekawość. A potem w drzwiach klasy coś cicho zastukało, jakby ktoś po drugiej stronie właśnie próbował wejść.