W szkolnej pralni Wiktor, Iga i Janek odkrywają, że zaginione skarpetki Kapitana Tira mogą prowadzić do czegoś znacznie dziwniejszego niż zwykła szkolna awaria.
Wszystko zaczęło się w piątek trzynastego, w najdziwniejszym miejscu liceum im. Ryszarda Redaktora: szkolnej pralni. Nikt nie potrafił wyjaśnić, po co szkoła w ogóle ją miała. Nikt też nie próbował, bo w tej części budynku nawet fluorescencyjne światło wyglądało, jakby chciało stąd uciec.
Wiktor stał przy pralce i wygłaszał właśnie swój kolejny, absolutnie nieproszony wykład o wyższości skarpetek w jednorożce nad tymi z awokado, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wpadła Iga. W jednej ręce ściskała skarpetę w banany, w drugiej trzymała kapelusz Kapitana Tira, szkolnej maskotki i jednocześnie największego ekscentryka w historii samorządu. Kapitan Tir nosił kapelusz z zegarkiem, mówił wyłącznie cytatami z filmów akcji i, ku zdumieniu wszystkich, miał więcej fanów niż połowa szkolnej rady razem wzięta.
– Zgubiłam drugą skarpetę – rzuciła Iga bez wstępów. Oddychała szybko, jakby przed chwilą biegła nie po schodach, tylko przez granicę państwową. – I znalazłam to.
Uniosła kapelusz.
Wiktor zmrużył oczy. – Jeśli za chwilę powiesz, że pralka połknęła ci garderobę i zaczęła żądać okupu, to uprzedzam: mam lekcje.
– To nie jest żart. – Głos Igi był zbyt ostry, żeby go zignorować. – W bębnie było coś jeszcze. Coś, co ledwo się tam mieściło.
Zanim Wiktor zdążył odpowiedzieć, zza pralki wysunęła się głowa Janka. Włosy miał w nieładzie, w kieszeni wystawała mu harmonijka, a na twarzy ten wyraz, który zwykle oznaczał albo genialny pomysł, albo kłopoty. Częściej jedno i drugie.
– Ja też to słyszałem – powiedział cicho.
Iga odwróciła się gwałtownie. – Ukrywałeś się tutaj?
– Technicznie: obserwowałem sytuację z bezpiecznej odległości.
– Czyli za pralką.
– To nadal jest odległość.
Janek pochylił się bliżej bębna. Pralka była wyłączona, a jednak metal w środku drgał, jakby coś po drugiej stronie nie zamierzało siedzieć spokojnie. W powietrzu unosił się słaby zapach proszku do prania i czegoś jeszcze, czego żadne z nich nie umiało nazwać. Może wilgoci. Może ozonu. A może po prostu złego pomysłu.
– Powiedziało coś do mnie – dodał Janek. – Głos, taki chropawy. Brzmiało to mniej więcej: „Oddajcie, co moje, albo poznacie gniew skarpetkowego lorda”.
Wiktor parsknął śmiechem, ale urwał po sekundzie, bo bęben nagle zakręcił się sam. Bez programu, bez powodu, bez sensu. Przez szybkę przemknęło coś ciemnego, za długiego, za wąskiego, zbyt skarpetkowego, żeby było zwykłym cieniem.
Neony nad nimi zamigotały. Raz. Drugi.
Pralka mruknęła głębokim, metalicznym tonem, jakby z jej wnętrza ktoś odchrząknął przed przemową. Potem bęben otworzył się od środka, a z jego wnętrza wystrzeliły złote guziki, kawałki konfetti i suchy szept:
– Czas na kolejne wyzwanie.
Mgła o zapachu cytrynowego proszku zaczęła wypełniać pralnię tak szybko, że w kilka sekund zasłoniła podłogę, szafki i ich własne buty. Coś chwyciło Wiktora za nogawkę. Iga cofnęła się o krok, Janek sięgnął po harmonijkę, choć ewidentnie nie miał pojęcia, czy zamierza na niej zagrać, czy nią walnąć.
Pralka zabulgotała.
A z ciemności za szybą ktoś albo coś przycisnęło do szkła długie, cienkie palce w skarpetach.