Profesor Pelikan odkrywa, że jego ulubione skarpetki zniknęły bez śladu. Z pomocą Marty trafia na trop, który pachnie absurdem, śmiechem i czymś wyraźnie podejrzanym.
Profesor Pelikan był w Dziwnowskim Zakątku legendą z dwóch powodów: miał wyobraźnię rozbuchaną jak fajerwerki w burzy i skarpetki, których nie dało się pomylić z niczym rozsądnym. Groszki, paski, flamingi, a raz nawet para w dinozaury z przyszytymi zębami, które przy każdym kroku dziobały go w kostki. Profesor twierdził, że to dodawało rozmowom naukowej ostrości.
Tego ranka jednak nie było mu do śmiechu. Sięgnął do szuflady tuż przed herbatą z truskawkową pianką, a zamiast swojej ukochanej pary żółto-turkusowych skarpetek z latającymi kotami znalazł tylko pustkę. I coś jeszcze. Małe, samotne jajo. Leżało na boku, białe, chłodne i tak absurdalnie niepasujące do reszty, że aż podejrzane.
– To jest niemożliwe – powiedział profesor, po czym powtórzył to głośniej, jakby krzyk miał przywołać skarpetki z powrotem do szuflady.
Wróbel na parapecie przekrzywił łepek i spojrzał na niego z miną kogoś, kto widział już gorsze poranki, ale niewiele.
Wtedy rozległo się pukanie.
Marta, sąsiadka z mieszkania obok, weszła bez ceregieli z kubkiem w dłoni. Na porcelanie widniał napis: „Kawa czyni cuda. Herbatę zostaw naukowcom!”. Marta kolekcjonowała kubki z taką determinacją, z jaką inni ludzie kolekcjonują wymówki.
– Słyszałam hałas – rzuciła, zerkając na jego bose stopy w kapciach. – I stwierdziłam, że albo wynalazłeś coś wybuchowego, albo znowu przeżywasz kryzys garderobiany.
Profesor wskazał szufladę dramatycznym ruchem.
– Zniknęły. Moje koty. Latające. Żółto-turkusowe. A w ich miejscu zostało to.
Marta nachyliła się nad jajem, zmrużyła oczy i skrzywiła się lekko.
– Jeśli to dowcip, to bardzo śmieszny. Jeśli to nie dowcip, to jeszcze gorzej.
Profesor już otwierał usta, żeby przedstawić własną, całkiem śmiałą teorię, gdy z gabinetu dobiegł ich cichy szelest. Potem drugi. Jakby ktoś bardzo mały przesuwał się ostrożnie po papierach, starając się nie uronić ani jednego śmiechu.
Marta odsunęła kubek od ust.
– Powiedz, że to twoja maszyna do prasowania skarpetek.
Profesor pobladł z zachwytu i niepokoju jednocześnie.
– Gdybym mógł to powiedzieć, już dawno bym to powiedział.
Wymienili spojrzenia.
Za drzwiami gabinetu coś znów zaszeleściło, a potem rozległ się cienki, urywany chichot. Tak blisko, jakby sprawca siedział tuż po drugiej stronie, z rękami pełnymi cudzych skarpetek i z doskonałym poczuciem humoru.
Profesor ścisnął klamkę.
I właśnie wtedy z wnętrza gabinetu dobiegło ciche pstryknięcie, jakby ktoś od środka przekręcił zamek.