Jeżyk Jurek, króliczka Pola i wiewiórka Franek znajdują w lesie świeże, ogromne ślady łap i ruszają za nimi w głąb ciemnych paproci.
Stary Las zwykle budził się powoli, w szeleście liści i zapachu wilgotnej ziemi. Tego ranka jednak coś od razu nie pasowało. Jeżyk Jurek, króliczka Pola i wiewiórka Franek stanęli na polanie i patrzyli na siebie bez zwykłych żartów, bo przed nimi w trawie ciągnęły się świeże ślady. Duże. Głębokie. Z wyraźnymi pazurami.
Jurek pochylił się pierwszy. „To nie jest trop żadnego z naszych sąsiadów” powiedział cicho. „Zobaczcie, jak głęboko odcisnęły się w ziemi.”
Pola cofnęła uszy. „Może to ktoś niebezpieczny?” wyszeptała i zerknęła w stronę drzew.
Franek przykucnął przy śladach, jakby chciał je rozgryźć wzrokiem. „Albo ktoś obcy” odparł. „A może ktoś, kto zabłądził i teraz nie może wrócić?”
Nie musieli się długo zastanawiać. Trop prowadził prosto w głąb lasu, tam, gdzie światło robiło się rzadsze, a paprocie sięgały wyżej niż ich uszy. Po drodze znajdowali poruszone liście, kilka piórek w barwach, których nikt z nich nie widział na co dzień, i gałązki łamane tak świeżo, jakby coś przeszło tędy przed chwilą.
Im dalej szli, tym ciszej robiło się wokół. Nawet ptaki przestały śpiewać. W końcu Pola zatrzymała się tak nagle, że Jurek niemal na nią wpadł.
„Cicho” syknęła, pokazując łapką na coś błyszczącego między pniami.
Z głębi zarośli dobiegło niskie pohukiwanie, a potem ciche trzaskanie gałęzi. Franek poczuł, jak jeży mu się futerko. Trójka przyjaciół przycisnęła się do pnia starego dębu i wstrzymała oddech. W ciemności coś się poruszyło.