Nela i Filip trafiają do opuszczonego dworu spowitego mrozem. W środku coś szepcze między ścianami, a wejście na poddasze staje się próbą odwagi.
Nela stała pośrodku zamarzniętego podwórza i patrzyła na stary dwór, który wynurzał się z mgły jak wielka, milcząca bestia. Z daleka wyglądał jeszcze bardziej nieswojo niż na zdjęciu w albumie dziadka. Wybite okna czerniały wśród białych ścian, a wysoki dach zdawał się uginać pod ciężarem zimna i lat.
Filip ścisnął ją za rękę tak mocno, że aż zabolały ją palce.
– Myślisz, że naprawdę nikt tu nie mieszka? – szepnął.
Nela wzruszyła ramionami, choć jej żołądek zwinął się w twardą kulkę.
– Gdyby ktoś mieszkał, nie wyglądałoby to tak ponuro – odpowiedziała. Brzmiała pewniej, niż się czuła.
Powietrze pachniało mrozem, mokrymi liśćmi i czymś jeszcze, starym i suchym, jak kurz zamknięty od lat w pudełku. Pod ich butami chrzęściły gałązki. Kiedy podeszli bliżej, drewniane schody prowadzące do wejścia jęknęły cicho, jakby dwór nie był zachwycony gośćmi.
Filip przystanął.
– Ja pierwszy nie idę.
– To dobrze, bo ja też nie – mruknęła Nela, po czym pociągnęła go za sobą, zanim zdążył się rozmyślić.
Drzwi ustąpiły zaskakująco łatwo. W środku uderzył ich chłód tak silny, że Filip aż wciągnął powietrze przez zęby. Wąski korytarz tonął w półmroku. Z sufitu zwisała pęknięta lampa, a na ścianach wisiały portrety w ciemnych ramach. Twarze namalowanych ludzi były blade i nieruchome, lecz Nela miała wrażenie, że śledzą każdy ich ruch.
Zrobiła krok naprzód.
Echo odbiło się od podłogi i zniknęło w głębi domu. Po chwili wróciło do nich coś jeszcze. Cichy szept. Krótki, urwany, jakby ktoś stał tuż za ścianą i próbował wypowiedzieć tylko jedno słowo.
Filip pobladł.
– Słyszałaś to?
Nela podniosła latarkę. Światło przesunęło się po starych kufrach, przewróconym krześle i stosie pożółkłych zeszytów rozsypanych pod ścianą.
– To wiatr – powiedziała szybko.
Ale wiatr nie brzmiał jak głos.
Kolejny szept przemknął po korytarzu. Potem następny. Były ciche, poszarpane, jakby dochodziły z różnych stron naraz. Nela zatrzymała latarkę na schodach prowadzących wyżej. W ciemności nad nimi czaiło się poddasze. Drzwi były uchylone tylko na palec, ale spod nich sączył się lodowaty przeciąg.
Filip cofnął się o krok.
– Nela… może wrócimy?
Odpowiedziała od razu, choć serce waliło jej tak mocno, że prawie zagłuszało szepty.
– Najpierw sprawdzimy górę. Dziadek mówił, że w takim domu wszystko ważne chowa się pod dachem.
Nie wiedziała, czy naprawdę tak mówił, czy tylko chciała w to wierzyć. Wspomnienie dziadka, który zawsze opowiadał historie o starych miejscach, dodało jej odwagi na tyle, by postawić pierwszy stopień. Deska jęknęła pod jej ciężarem. Druga odpowiedziała jeszcze głośniej.
Szepty przyspieszyły.
Minęli półpiętro. Kurz wirował w smudze światła, a zimno stawało się coraz ostrzejsze, niemal bolesne. Na ścianie obok schodów wisiał mały, przekrzywiony dzwonek. Nela nawet go nie dotknęła, a on i tak zadrżał cicho, jakby ktoś właśnie przesunął obok niego lodowatą dłoń.
Filip złapał ją za rękaw.
– Coś jest na górze.
Nela wiedziała to już sama. Z każdym stopniem miała coraz silniejsze wrażenie, że ktoś stoi po drugiej stronie drzwi i czeka, aż podejdą bliżej. Albo że to drzwi czekają na nich.
Kiedy stanęli tuż pod poddaszem, w domu zapadła nagła cisza. Nawet szepty ucichły. Przez chwilę słychać było tylko ich oddechy i skrzypienie starego drewna pod stopami.
Wtedy drzwi na poddaszu drgnęły.
Potem zaczęły otwierać się powoli, z przeciągłym, chropowatym skrzypieniem.
Z wnętrza wypłynęła lodowata mgła, tak gęsta, że latarka Neli zgasła na sekundę. Filip wbił paznokcie w jej dłoń. W tej białej, zimnej zasłonie coś się poruszyło.
Najpierw tylko cień.
A potem wyłonił się z niego niewyraźny kształt, stojący dokładnie pośrodku poddasza.