Trzynastoletni Adam słyszy nocą w lesie dźwięk fletu, a kiedy wychodzi to sprawdzić, lis zostawia mu zagadkowy przedmiot i ostrzeżenie z ciemności.
Las za domem Adama zwykle żył własnym, spokojnym rytmem. Szumiał, szeleścił, pachniał mokrą ziemią i młodymi liśćmi. Tej wiosny coś jednak zaczęło zgrzytać w tym znajomym porządku. Ptaki milczały dłużej niż zwykle, sarny przemykały skrajami drzew, jakby czegoś unikały, a nocami nad doliną unosiły się krótkie, urywane dźwięki. Nie były to ani głosy zwierząt, ani wiatr. Brzmiały jak melodia przerwana w połowie oddechu, jakby ktoś w ciemności próbował zagrać na flecie i za każdym razem się wahał.
Adam miał trzynaście lat i od dawna słyszał, że za dużo wymyśla. Dorośli lubili zbywać jego pytania uśmiechem albo wzruszeniem ramion. Ale tej nocy nie mógł udawać, że niczego nie słyszy. Leżał w łóżku z otwartymi oczami, aż w końcu usiadł, narzucił bluzę i cicho przeszedł przez dom. Gdy wyszedł na taras, chłodne powietrze natychmiast musnęło mu policzki. Usiadł na schodku, wpatrzony w czarną linię drzew, i czekał.
Melodia wróciła po chwili. Tym razem wyraźniej. Była tak blisko, że Adam aż wstrzymał oddech. Dźwięki płynęły z miejsca tuż za płotem, po czym nagle milkły, jakby ktoś odsuwał instrument od ust i nasłuchiwał w odpowiedzi.
Coś zaszeleściło w krzakach. Z cienia wysunął się lis. Był wychudzony, ale poruszał się z dziwną pewnością, a jego oczy błyszczały w mroku jak dwa odłamki szkła. Zatrzymał się tylko na moment i spojrzał prosto na Adama. Chłopak nie drgnął. Lis podszedł jeszcze bliżej, położył na trawie niewielki przedmiot i odsunął się o krok, jakby czekał, aż Adam zrobi resztę.
Na ziemi leżał drewniany flet. Stary, ciemny, wysłużony, a jednak dziwnie cenny. Wzdłuż jego powierzchni biegły drobne znaki i symbole tak drobne, że Adam nie potrafił ich odczytać. Przez sekundę miał wrażenie, że instrument jest ciepły, jakby ktoś dopiero co przestał na nim grać.
Wtedy z lasu dobiegł niski, przeciągły ryk. Nie należał do żadnego zwierzęcia, które znał. Lis skulił uszy, cofnął się gwałtownie i zniknął w ciemności tak szybko, jak się pojawił.
Adam schylił się po flet.
I właśnie wtedy między drzewami rozjarzyły się dwie pary oczu, a melodia, którą słyszał wcześniej, odezwała się znowu - tym razem już nie z mroku, tylko jakby spod samej ziemi.