Zaginiony kod Zoranii

Lena, Bartek i Szymon trafiają na tajemniczą księgę z zagadkowym kodem. W starym skrzydle szkoły zaczynają dziać się rzeczy, których nie da się racjonalnie wyjaśnić.

W starym skrzydle liceum im. Ignacego Zdrójkowskiego czas zatrzymał się dawno temu. Kurz osiadał na parapetach grubą warstwą, a deski podłogi jęczały przy każdym kroku, jakby budynek nie znosił cudzej obecności. To właśnie tam, między pustą pracownią plastyczną a magazynem z połamanymi krzesłami, spotykali się po lekcjach Lena, Bartek i Szymon. Ich klub miał nazwę, której nikt poza nimi nie traktowałby poważnie: Strażnicy Wyobraźni.

Lena zawsze pierwsza wyczuwała, że coś jest nie tak. Bartek potrafił rozkręcić, naprawić albo przypadkiem uruchomić wszystko, co miało ekran, kabel lub choćby podejrzanie wyglądało na sprzęt elektroniczny. Szymon mówił najmniej, ale kiedy wyciągał szkicownik, ich pomysły nagle nabierały kształtu. Razem tworzyli własne światy, bo w zwykłej szkole zwykło im być za ciasno.

Pewnego szarego popołudnia Lena rzuciła na stół podniszczoną książkę. Znalazła ją na dnie starej szafy, za stertą pożółkłych gazet i zakurzonych map. Okładka była popękana, strony miękkie od wilgoci, a tytuł wybity cienkim złotym drukiem brzmiał jak hasło do czegoś ukrytego głębiej niż szkolne piwnice: Kod Zoranii. W środku czekała ilustracja drzwi bez klamki, oplecionych spiralą znaków, które zdawały się drgać w świetle jarzeniówki.

— To wygląda jak coś z gry albo szyfru — mruknął Bartek i uniósł telefon, żeby zrobić zdjęcie.

Ekran zamigotał, po czym zgasł. Pełna bateria. Bez ostrzeżenia.

Szymon pochylił się nad stroną. Pod rysunkiem, tak blady, że niemal niewidoczny, widniał zapisany tuszem napis: Wyobraźnia otwiera więcej drzwi, niż myślisz.

Od tego momentu skrzydło szkoły przestało być tylko starym skrzydłem. W pustej pracowni pojawiły się rysy, których wcześniej tam nie było, długie i poszarpane, jakby ktoś drapał od środka po tynku. Kiedy przechodzili korytarzem, słyszeli ciche szepty, urywające się za każdym razem, gdy przystawali. Lena kilka razy miała pewność, że ktoś wypowiada jej imię tuż obok ucha, choć nikogo nie było w pobliżu.

Najgorsze było to, że kod z książki nie dawał jej spokoju. Cyfry i litery wracały jej pod powiekami, nawet gdy próbowała skupić się na czymkolwiek innym. W końcu, gdy noc zapadła szybciej niż zwykle, cała trójka wróciła do szkoły. Bez planu, bez pewności, tylko z tym dziwnym uczuciem, że jeśli tego wieczoru nie sprawdzą wszystkiego do końca, coś ich uprzedzi.

Korytarz tonął w ciszy tak gęstej, że każdy oddech brzmiał zbyt głośno. Mijali kolejne drzwi, zakręty i ślepe przejścia, aż nagle Lena stanęła jak wryta. Na końcu korytarza, tam, gdzie jeszcze przed chwilą była tylko pusta ściana, pojawiły się drzwi. Identyczne jak na ilustracji. Bez klamki. Obleczone pulsującymi symbolami, spod których sączyła się niebieskawa poświata.

Bartek wyciągnął rękę, powoli, jakby bał się, że sam ruch może coś uruchomić. Palce zawisły tuż nad gładką powierzchnią drzwi.

I wtedy...