Julka i Filip znajdują stary kompas w opuszczonym domku na drzewie. Od tej chwili las zaczyna prowadzić ich coraz głębiej w tajemnicę, która nie chce zostać odkryta.
Julka nigdy nie przepuszczała okazji do wyprawy, a Filip, choć czasem narzekał, i tak szedł za nią wszędzie. Tego popołudnia stanęli pod starym dębem, na którym od lat wisiał zapomniany domek na drzewie. Deski skrzypiały na wietrze, a schodki wyglądały tak, jakby mogły rozsypać się przy pierwszym kroku.
Myślisz, że coś tam jeszcze zostało? - szepnął Filip, zadzierając głowę.
Tylko jedno wyjście: sprawdzić - odpowiedziała Julka i już wspinała się do góry.
W środku było chłodno i pachniało wilgotnym mchem. W kącie stała mała, zakurzona skrzynka, której wcześniej na pewno tu nie było. Filip podszedł pierwszy, odsunął wieko i nagle oboje zamarli. W środku leżał stary kompas z wygrawerowaną sową na pokrywie. Metal był zimny, ale gdy Julka musnęła igłę palcem, kompas lekko drgnął i wskazał północ.
W tej samej chwili na ścianie domku przesunął się cień. Nie był podobny do gałęzi ani ptaka. Wyglądał tak, jakby ktoś stał tuż za oknem.
Filip odruchowo cofnął się o krok.
Z głębi lasu doleciał ich cichy, równy stuk. Raz. Potem drugi. Jakby ktoś powoli stukał laską o ziemię.
Kompas rozjarzył się bladym światłem. Igła zakręciła się gwałtownie, aż w końcu zatrzymała się i znów wskazała las.
Julka spojrzała na brata, a on na nią. Bez słowa zsunęli się z domku i ruszyli za drżącym światłem, które prowadziło ich między drzewa. Im dalej szli, tym dziwniejsze znaki pojawiały się po drodze: kamienie ułożone w strzałki, stara luneta porzucona w paprociach, kawałek mapy zaczepiony o korzeń. Na pożółkłym papierze ledwo dało się odczytać słowa: "Tylko odważni odnajdą prawdę".
W końcu dotarli na niewielką polanę. Pośrodku, częściowo zasypana ziemią, tkwiła żelazna skrzynia. Julka przykucnęła, a Filip pochylił się tuż obok niej. Las nagle umilkł tak zupełnie, jakby wstrzymał oddech.
I wtedy za ich plecami rozległ się trzask łamanej gałęzi.