Tomek i Zosia wymykają się nocą do cyrku Lunapark i trafiają na ślad Maximusa, lwa, który zniknął z własnej klatki.
Cyrk Lunapark rozstawił się na placu za miasteczkiem jak wielki, rozedrgany statek z płótna i świateł. Już z daleka pachniało tam popcornem, trocinami i czymś jeszcze — przygodą. Tomek i Zosia od tygodnia mówili tylko o jednym: o akrobatkach szybujących pod kopułą, klaunach żonglujących ciastkami i magiku, który połykając ogień, nawet nie mrugał.
Najbardziej czekali jednak na Maximusa. Największego lwa świata. Podobno umiał stawać na dwóch łapach, kłaniać się publiczności, a nawet nosić na głowie błyszczący cylinder bez najmniejszego grymasu. Kiedy Tomek znalazł pod szkolną ławką dwie wejściówki z pieczęcią cyrku, oboje uznali, że to znak.
W środę wieczorem spotkali się przy ogrodzeniu za domem Zosi. Dziewczynka upchnęła do plecaka latarkę, notes i kanapki z serem, a Tomek schował bilety do kieszeni tak ostrożnie, jakby były ze złota.
– Tylko zaglądamy – szepnęła Zosia, choć w jej oczach aż iskrzyło z emocji.
Kiedy zegar na rynku wybił północ, wymknęli się z domu i ruszyli w stronę cyrku. Noc przykleiła do namiotów srebrny blask. Baloniki przy bramie miotał wiatr, flagi trzepotały cicho, a wszystkie dźwięki wydawały się głośniejsze niż za dnia.
I wtedy usłyszeli coś, czego nie powinno być słychać w środku nocy: niski pomruk, szelest materiału i szybkie kroki gdzieś za klatkami.
Przyspieszyli, pochylając głowy. Drzwi do klatki Maximusa stały otworem.
W środku nie było lwa.
Na ziemi leżała tylko wielka złota moneta z wytłoczonym lwiecym pyskiem oraz świetlisty ślad łapy, który prowadził prosto w stronę ciemnego namiotu akrobatów. Tomek spojrzał na Zosię, a ona zacisnęła palce na latarce tak mocno, że aż zbielały jej knykcie.
Kto otworzył klatkę?
I dlaczego ślad znikał właśnie tam, gdzie cyrk tonął w najgłębszym mroku?