Lena i Maks odbierają dziwny sygnał z opuszczonej stacji na Proximie b. Kiedy jadą sprawdzić, odkrywają, że w ciemnym wnętrzu ktoś albo coś właśnie ich wyprzedziło.
Lena lubiła patrzeć na Proximę b o świcie. Niebiesko-fioletowe niebo powoli jaśniało, a wśród wysokich, obcych roślin przemykały stworzenia, których nie umiała jeszcze nazwać. Kolonia była młoda, mała i odcięta od wszystkiego, co znajome, ale właśnie to sprawiało, że każdy dzień przynosił coś nowego.
Tego ranka Lena siedziała przy terminalu starej stacji komunikacyjnej na skraju osady. Przesuwała kolejne transmisje, kiedy ekran nagle zadrżał. Wśród zwykłych szumów pojawił się sygnał tak czysty i tak obcy, że aż ścisnęło ją w żołądku. Nie był podobny do żadnej wiadomości z kolonii ani do żadnego z automatycznych testów sprzętu.
– Maks, chodź tu natychmiast! – zawołała.
Brat wpadł do środka z krążkiem do gry w dłoni.
– Co jest?
Lena odsunęła się od ekranu i wskazała drżącym palcem migające znaki. Linia po linii układały się w coś, czego nie potrafiła odczytać.
– To przyszło teraz. Z opuszczonej stacji na obrzeżach.
Maks zmarszczył brwi. Wiedział tyle samo co ona: stacja od lat stała pusta. Nikt tam nie chodził, nikt nie nadawał, nikt nawet nie włączał świateł. A jednak sygnał nie znikał. Pulsował, wracał, jakby ktoś po drugiej stronie uparcie próbował się przebić.
– Pokazuj to jeszcze raz – powiedział ciszej.
Przez chwilę oboje tylko patrzyli na drgający obraz. Potem Lena bez słowa odsunęła krzesło.
– Jeśli komuś trzeba pomóc, nie będziemy czekać.
Nie powiedzieli nic rodzicom. Spakowali latarki, dwa zapasowe zasilacze i mapę serwisowych tuneli. Maks sprawdził śmigacz, jakby robił to codziennie od lat, choć miał dopiero tyle, ile wystarczało, by wszyscy i tak traktowali go jak zbyt pewnego siebie starszaka.
Droga do stacji trwała krótko, ale Lena czuła, jakby kolonia została za nimi o wiele dalej. Gdy wylądowali, serce zaczęło jej bić szybciej. Drzwi wejściowe były uchylone.
– Były zamknięte – wyszeptał Maks.
Przez szparę sączyło się blade, pulsujące światło. Nie wyglądało jak awaria. Bardziej jak znak, że ktoś właśnie wszedł do środka i zostawił po sobie otwartą drogę.
Lena zacisnęła palce na uchwycie latarki.
– Masz klucz dostępu?
Maks skinął głową, ale nie od razu sięgnął do kieszeni. Przez sekundę oboje stali bez ruchu, nasłuchując.
Z wnętrza stacji dobiegł cichy, metaliczny szmer. Potem drugi, bliższy.
Maks w końcu włożył klucz do zamka, a drzwi otworzyły się z suchym syknięciem. W środku panował pył i chłód. Ich kroki odbijały się od ścian wąskich korytarzy, aż dotarli do centrum dowodzenia. Ekrany rozbłysły nagle zielonym światłem, jakby stacja obudziła się tylko dla nich.
Na głównym monitorze pojawiły się rozedrgane słowa:
„POMOCY... NIE JESTEM SAM...”
Lena poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.
W tej samej chwili coś zasunęło się głębiej w ciemności za ich plecami.