Trzynastoletni Kacper i Lena trafiają na trop tajemnicy strzeżonej przez mówiące koty. W starym mieście zaczyna się gra, w której jeden błąd może kosztować ich więcej, niż sądzą.
Letni zmierzch osiadał nad starymi uliczkami jak kurz na zapomnianych schodach. Kacper biegł schylony przez wąskie przejście między kamienicami, zaciskając w dłoni dziwny, ciężki klucz, który znalazł przed godziną w piwnicy dawnego browaru. Metal był lodowaty, choć wieczór wciąż trzymał ciepło dnia.
Przy murze czekała już Lena. Oparła się o spękane cegły i zerknęła na klucz tak uważnie, jakby mógł za chwilę zniknąć. Nie musieli nic mówić. Od rana mieli wrażenie, że ktoś ich prowadzi: najpierw stary plan miasta z ledwie widocznym znakiem łapy, potem wiadomość wydrapana na drewnianych drzwiach, teraz to.
Za ich plecami rozległo się ciche miauknięcie.
Oboje odwrócili się jednocześnie. Na szczycie muru siedziało pięć kotów. Czarny, biały, rudy, pręgowany i ogromny szary kocur z poszarpaną kitą, który wyglądał, jakby znał każdą ulicę w mieście. To on pierwszy odezwał się ludzkim głosem, spokojnym i zbyt wyraźnym, by dało się uznać go za żart.
Kacper poczuł, że klucz w jego dłoni staje się jeszcze cięższy.
Szary kocur zeskoczył na bruk, a pozostałe koty rozsunęły się po murze jak strażnicy. Przez ułamek sekundy między cegłami błysnęła cienka linia światła. Potem na ziemi przed Leną pojawił się blady wzór, przypominający mapę i alfabet jednocześnie.
Lena wyciągnęła rękę. W chwili, gdy dotknęła pierwszego znaku, kamień pod ich stopami drgnął. Z ciemności po drugiej stronie uliczki zaczęły się wynurzać świecące kocie oczy, jedno po drugim, coraz bliżej, coraz niżej.
Wtedy mur pękł bezgłośnie.
Wąska szczelina rozszerzyła się jak oddech, odsłaniając ukryte przejście do miasta, którego nie powinno tam być. Kacper zrobił pół kroku naprzód, ale nagle z głębi zaułka dobiegł przeciągły, przenikliwy krzyk.
Koty zjeżyły sierść.
Lena ścisnęła klucz tak mocno, że pobielały jej knykcie.
A potem zza rogu wyłoniła się ogromna, ciemna sylwetka, która zatrzymała się dokładnie w miejscu, gdzie kończyło się światło.