Zagubiona melodia Wędrującego Lasu

Kuba, Basia i Lena odkrywają, że za ich wioską rozciąga się las, z którego nocą płynie tajemnicza muzyka. Stary klucz prowadzi ich do szkatułki pod dębem.

Gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy śpiew Wędrującego Lasu, nikt nam nie uwierzył. Nawet babcia tylko zmrużyła oczy, jakby wiedziała coś, czego nie chciała jeszcze powiedzieć. A przecież to nie był zwykły nocny szmer. To brzmiało jak melodia, cicha i daleka, unosząca się nad polami, kiedy wszyscy inni dawno spali.

Mieszkaliśmy na skraju wioski, tam, gdzie kończyły się ostatnie płoty, a zaczynały drzewa. Las stał tuż za naszymi oknami i wyglądał tak, jakby sam nas podsłuchiwał. Starsi powtarzali, że po zmroku nie wolno tam chodzić. Że człowiek łatwo traci w nim drogę, nawet jeśli zna każdą ścieżkę. My słyszeliśmy tylko te ich półsłówka i tym bardziej chcieliśmy sprawdzić, co kryje się między pniami.

Pewnego wieczoru Lena wpadła do mnie bez tchu, z włosami rozczochranymi od biegu i czymś zimnym błyszczącym w dłoni.

– Znalazłam to na ścieżce przy starych wierzbach – wysapała. – Leżało dokładnie tam, gdzie zawsze chodziłam z dziadkiem.

Na jej dłoni spoczywał klucz. Nie taki zwyczajny, jaki pasuje do szopy albo skrzyni na jabłka. Ten miał spiralny trzonek i główkę z wygrawerowanym liściem, tak cienkim, że aż wydawał się świecić.

Basia przyjrzała mu się tak uważnie, jakby chciała odczytać z metalu jakąś tajną wiadomość.

– To musi do czegoś pasować – szepnęła. – Tylko do czego?

Następnego dnia zabraliśmy latarki, kanapki i naszą starą mapę lasu, rysowaną przez lata na wszystkich możliwych kartkach. Były na niej miejsca, które znaliśmy tylko my: „Drzewo-schronienie”, „Pajęczynowa polanka”, „Tu podobno mieszkają krasnale”. A jednak, kiedy weszliśmy między drzewa, wszystko wyglądało inaczej. Powietrze było dziwnie ciepłe i słodkie, a melodia, którą słyszeliśmy nocą, wracała teraz z każdą chwilą coraz wyraźniej.

Na polanie, której nie było na żadnej naszej mapie, rosły żółte kwiaty wysokie niemal do kolan. Pośrodku, pod ogromnym dębem, leżała metalowa szkatułka. Na jej wieku błyszczał zamek w kształcie liścia. Taki sam jak na kluczu Leny.

Przez chwilę nikt się nie odezwał. Nawet wiatr ucichł, jakby czekał razem z nami. Lena podniosła klucz, Basia chwyciła mnie za rękaw, a ja poczułem, że serce wali mi w piersi tak głośno, jakby chciało przebić się przez skórę.

Lena wsunęła klucz do zamka i zaczęła go przekręcać.

W tej samej chwili cały las zadrżał od dźwięku, jakby setki niewidzialnych smyczków przeciągnęły po strunach. Z gałęzi posypały się świetliki, a nad szkatułką rozbłysło tyle kolorowych iskier, że na moment zrobiło się jasno jak o świcie.

I wtedy wieko poruszyło się samo.