Martynka znajduje w ogródku maleńki srebrny klucz i trafia na drzwi, których wcześniej tam nie było. Czy odważy się je otworzyć?
Martynka najchętniej spędzała poranki w swoim ogródku. Lubiła patrzeć, jak rosa błyszczy na liściach, i podlewać kwiatki małą, niebieską konewką. Pewnego ranka, kiedy schyliła się po poziomkę, coś srebrzyło pod zielonym listkiem.
Pochyliła się bliżej i wzięła do dłoni maleńki klucz. Był tak drobny, że prawie znikał między jej palcami. Martynka rozejrzała się po grządkach, pod ławką i za krzakiem róż, ale nigdzie nie zobaczyła ani kłódki, ani skrzynki, ani niczego, co mogłoby do niego pasować.
Już miała schować kluczyk do kieszeni, gdy w żywopłocie obok gruszy mignęło coś dziwnego. Martynka zmrużyła oczy. Między gałązkami stały małe, okrągłe drzwi. Miały złotą klamkę i dziurkę dokładnie taką jak jej klucz. Dziewczynka wstrzymała oddech. A wtedy za żywopłotem cichutko coś stuknęło.