Zagubiony kompas Kapitana Błyskawicy

Lena, Krystian i Bartek znajdują w opuszczonym forcie stary kompas. Jego igła prowadzi ich prosto ku zakazanemu lasowi i tajemniczym wrótom ukrytym pod bluszczem.

Na skraju portowego miasteczka, tam gdzie kamienny falochron tłumił huk fal, stał stary fort. Miejscowi mijali go szybko, ale dzieci z okolicy znały każdy jego kąt i nazywały go Fortem Morskiego Wiatru. Dla Leny, Krystiana i Bartka było to najlepsze miejsce na całym wybrzeżu: pełne schodków bez poręczy, wąskich korytarzy i zakamarków, w których zawsze mogło się kryć coś niezwykłego.

Tamtego lipcowego popołudnia słońce prażyło tak mocno, że kamienie parzyły przez podeszwy. Lena wspięła się na najwyższą wieżyczkę i nagle przystanęła. W cieniu kamiennej wnęki połyskiwał jakiś metalowy przedmiot. Zawołała chłopców, a po chwili wszyscy troje stali nad znaleziskiem, zbyt podekscytowani, by od razu cokolwiek powiedzieć.

To był stary, mosiężny kompas. Pokrywała go warstwa kurzu i pajęczyn, jakby leżał tu od dziesiątek lat. Jednak najbardziej dziwna była igła: drżała niespokojnie, zamiast pewnie wskazywać północ.

Bartek przetarł wieczko rękawem i aż gwizdnął cicho.

Na spodzie kompasu widniała błyskawica i wyryty napis: "Podążaj za światłem, a znajdziesz to, czego szukasz".

Krystian zmrużył oczy. "Może ktoś to tu zostawił dla żartu" - mruknął, ale brzmiał mniej pewnie, niż chciał.

Lena odwróciła kompas w dłoniach.

Igła zadrżała, po czym gwałtownie obróciła się i wskazała nie morze, nie miasteczko, lecz ciemną ścianę lasu rosnącego tuż za fortem. Gęste drzewa stały tam nieruchomo, jakby czegoś pilnowały. O tym lesie krążyły różne historie: o zapadlinach, o ścieżkach, które znikały, i o dźwiękach słyszanych po zmroku.

Przyjaciele spojrzeli po sobie.

W kompasie było coś, co nie pozwalało im po prostu odłożyć go z powrotem. Lena zacisnęła palce na metalowej obwódce.

"Sprawdźmy to" - powiedziała.

Chwilę później zeskoczyli z murów fortu i weszli między pierwsze zarośla. Powietrze od razu zrobiło się chłodniejsze, a światło straciło swój złoty blask. Gałęzie chwytały ich za rękawy, a pod butami chrzęściły suche patyki. Kompas w dłoni Leny zaczął lekko pulsować, jakby budził się do życia.

Po kilku minutach marszu dotarli do powalonego pnia, który leżał między paprociami jak wąski most. Lena postawiła na nim stopę i wtedy kompas rozjarzył się bladoniebieskim światłem.

Igła zakręciła się tak szybko, że ledwo było ją widać.

"Widzicie to?" - szepnął Bartek.

Przed nimi, w półmroku, wyłonił się kształt, którego wcześniej nie zauważyli. Nie był to pień drzewa ani skała. To wyglądało jak ogromne wrota, porośnięte bluszczem i pokryte starymi znakami wyrytymi w kamieniu.

Wtedy za ich plecami rozległ się szelest.

Ktoś albo coś było już bardzo blisko.