Zakazana wieża na skraju lasu

Marta, Kuba i Lena łamią zakaz i wchodzą do starej wieży w lesie. W środku coś się porusza, a to, co miało być tylko głupim wyzwaniem, nagle robi się naprawdę niebezpieczne.

Las milczał tak, jakby wiedział, że nie powinni tu być. Tylko suche liście szeleściły pod butami, a gdzieś nad nimi pękały cienkie gałązki, choć nikt ich nie dotykał. Marta szła pierwsza z latarką zaciśniętą w dłoni tak mocno, że aż bolały ją palce. Za nią Kuba wciśnięty w kaptur patrzył pod nogi, jakby w każdej chwili miał się potknąć i zawrócić. Lena z kolei wyglądała, jakby to była najlepsza noc w jej życiu, ale nawet ona co chwilę odwracała głowę w stronę ciemnych drzew.

Wieża wyrosła przed nimi nagle, czarna i wysoka, obrośnięta bluszczem tak gęstym, jakby las chciał ją wciągnąć z powrotem pod ziemię. Od lat krążyły o niej opowieści. Że nocą pali się w niej światło. Że ktoś słyszał kroki na schodach. Że pewnego chłopaka znaleziono po drugiej stronie lasu, choć przysiągł, że wszedł tylko na chwilę.

„To tylko gadanie” — powiedziała Marta, bardziej do siebie niż do nich. Jej głos zabrzmiał sucho i zbyt cicho.

Kuba prychnął, ale nie odpowiedział. Zamiast tego wskazał przed siebie.

Żelazna brama była uchylona.

Przez chwilę nikt się nie ruszył. Wiatr przesunął się po murze i zaskrzypiał tak przeciągle, że Lena przestała się uśmiechać.

„Ktoś już wszedł?” — szepnęła.

„Albo ktoś chce, żebyśmy weszli” — mruknął Kuba.

Marta przełknęła ślinę i podeszła bliżej. Na cegłach, tuż obok wejścia, ktoś wyrył znaki. Nie wyglądały jak litery. Bardziej jak ostrzeżenie. Przesunęła po nich opuszkami palców. Kamień był lodowaty, choć wieczór nie był jeszcze aż tak zimny.

W środku pachniało wilgocią, kurzem i czymś metalicznym, jakby powietrze od dawna nie miało tu prawa krążyć. Ich kroki odbijały się od ścian ostro i nerwowo. Latarka Marti wycięła z mroku fragment schodów, czarnych i wąskich, prowadzących w górę.

Wtedy usłyszeli to wszyscy.

Nie szelest. Nie echo.

Szept.

Cichy, urywany, dochodzący z góry, jakby ktoś stał tuż nad nimi i mówił przez zaciśnięte zęby.

Kuba zastygł. „Słyszycie?”

Nikt nie zdążył odpowiedzieć, bo na schodach rozbłysło światło. Jedno krótkie, ostre mignięcie, po którym w ciemności zostało tylko więcej ciemności.

Ktoś zbliżał się do nich powoli, stopień po stopniu.

Marta podniosła latarkę, lecz zanim zdążyła nacisnąć przycisk, cały korytarz spłynął nagle czernią.

I z tej czerni dobiegł odgłos, który nie mógł należeć do wiatru.