Kacper rzuca Klubowi Niedzielnych Odkrywców zakład o noc w opuszczonej szkole przy ulicy Jagodowej, ale w pustych korytarzach czeka na nich ktoś, kto najwyraźniej zna ich plan.
W piątkowe popołudnie Kacper uznał, że to idealny moment, by doprowadzić Klub Niedzielnych Odkrywców do granicy nerwów. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ktoś miał wyjść z tej historii kompromitująco głośno, a ktoś inny miał mieć materiał do śmiechu na kilka kolejnych tygodni.
Pomysł był prosty: noc w opuszczonej szkole przy ulicy Jagodowej. Stare mury, ciemne korytarze, sala biologiczna z wiecznie skrzypiącą szafą i reputacja miejsca, w którym nawet echo brzmiało jak ostrzeżenie. Kacper znał to wszystko aż za dobrze, dlatego właśnie uznał, że wyzwanie jest doskonałe.
W klubie nie było przypadkowych osób. Nina potrafiła jednym zdaniem rozbroić każdego, Igor nosił w głowie więcej teorii spiskowych niż rozsądku, a do tego miał niezdrową słabość do chipsów cebulowych. Magda z kolei potrafiła zrobić z mema argument, z żartu prowokację, a z plastikowego pająka traumę na cały tydzień.
– Zakład o to, kto pierwszy wyleci stąd z wrzaskiem – powiedział Kacper, opierając się nonszalancko o szkolną tablicę ogłoszeń. – Przegrywa robi w przyszłym tygodniu za karecę do pani Jolkowej dodatkową godzinę matmy.
– To już brzmi jak przemoc psychologiczna – mruknęła Nina.
– I dlatego jest genialne – odparł Kacper.
Wieczorem przyszli pod szkołę z latarkami, przekąskami i minami ludzi, którzy absolutnie nie zamierzają się bać. Magda przez chwilę walczyła z kłódką pilnikiem do paznokci, przekonana, że jeśli coś ma się otworzyć, to właśnie pod jej naciskiem. Okazało się jednak, że drzwi stały po prostu uchylone.
W środku uderzył ich chłód i ta dziwna cisza, która nie uspokaja, tylko sprawia, że człowiek słyszy własne myśli za głośno. Korytarz ciągnął się przed nimi jak tunel bez końca, a każdy krok odbijał się od ścian z przesadnym, teatralnym echem.
Kiedy dotarli do sali biologicznej, wszyscy zatrzymali się jednocześnie. Na stole stały cztery kubki z jeszcze ciepłą herbatą. Obok leżała kartka, zapisana równym, pewnym pismem: „Miłej nocy, Niedzielni Odkrywcy! – Dyrekcja”.
Przez sekundę nikt się nie odezwał.
– To jest ten moment, kiedy powinniśmy zacząć panikować? – spytała Magda ciszej, niż zwykle mówiła na sprawdzianie.
Kacper już miał rzucić coś mądrego, może nawet bardzo zabawnego, kiedy z korytarza dobiegło ich ciche, rytmiczne stukanie. Najpierw pojedyncze. Potem szybsze.
Igor wychylił głowę przez drzwi i zesztywniał.
Pod tablicą ogłoszeń stał cień. A nad nim pulsowało czerwone światło, dokładnie w rytm stukania, które właśnie zatrzymało się tuż przed ich salą.