Zaklinacze z ulicy Szmaragdowej

Troje przyjaciół odkrywa mapę, która otwiera ukryte przejście do świata magii schowanego tuż obok zwykłych ulic miasta.

Mela wyszła z kamienicy tak cicho, jakby bała się obudzić samą ulicę. W zaciśniętej dłoni trzymała zmiętą kartkę, a pod latarnią czekali już Lena i Konrad. Wiatr przewracał czerwone liście po bruku i układał je w niespokojne wiry.

— Masz ją? — spytała Lena bez zbędnych wstępów.

Mela rozprostowała kartkę. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwykły plan dzielnicy, ale kiedy we troje nachylili się nad nią w żółtym świetle latarni, atrament drgnął. Linie mapy poruszyły się jak żywe, a w prawym rogu, tam gdzie przed chwilą nie było nic, pojawił się napis: „Wejdź, jeśli się odważysz. Szmaragdowe Przejście otwarte tylko przez godzinę po zmierzchu”.

Konrad prychnął, choć zabrzmiało to bardziej nerwowo niż pewnie.

— Ktoś sobie z nas robi żarty.

W tej samej chwili na ścianie starego sklepu z antykami zapaliły się zielone znaki. Nie były namalowane ani wyświetlone — wyglądały, jakby wypłynęły spod tynku. Przez moment wszyscy troje milczeli. Potem obok zamkniętej witryny odezwał się cichy trzask. W murze, który jeszcze przed chwilą był jednolitą ścianą, zarysowały się drzwi.

Powoli uchyliły się same.

Za nimi nie było zaplecza sklepu, tylko wąskie schody schodzące w dół, w ciemność pachnącą mokrym kamieniem i czymś jeszcze, czego Mela nie potrafiła nazwać. Z wnętrza dobiegał ledwie słyszalny szept, jakby ktoś mówił bardzo daleko albo zza cienkiej zasłony.

— Chyba właśnie dostaliśmy zaproszenie — wyszeptała Lena.

Ruszyli pierwsi, zanim któryś z nich zdążył zmienić zdanie. Gdy tylko przekroczyli próg, drzwi zamknęły się za nimi z głuchym stuknięciem. Cisza ulicy została na górze, odcięta od nich jak inny świat.

Schody wiły się niżej i niżej. Z każdym krokiem powietrze stawało się chłodniejsze, a ściany coraz bardziej wilgotne. W półmroku mignęły im blade sylwetki za półprzezroczystymi zasłonami, lecz kiedy Mela odwróciła głowę, niczego już tam nie było.

Na końcu schodów czekała sala tak szeroka, że ginęła w półmroku. Na mosiężnych podstawkach płonęły szmaragdowe świece, a ich płomienie nie drżały od przeciągu, tylko falowały, jakby oddychały. Pośrodku stała postać w długiej srebrnej pelerynie. Twarz miała ukrytą za gładką maską bez ust i oczu.

— Czekałem na was — odezwała się niskim głosem.

Mela poczuła, jak mapa w jej dłoni nagle robi się gorąca. Zielone znaki na ścianach zaczęły pulsować szybciej, a zza pleców postaci dobiegł cichy dźwięk, jakby coś właśnie się budziło.