Franek i Lena znajdują ukryte drzwi pod wielkim dębem. Za nimi czeka tunel, jaskinia pełna niezwykłych świateł i głos, który wie, że ktoś wszedł do środka.
Franek lubił las najbardziej latem. Wtedy wszystko pachniało ciepłą korą, igliwiem i czymś jeszcze, czego nie umiał nazwać, ale co zawsze brzmiało w jego głowie jak obietnica przygody. Tego dnia nie był sam. Lena szła obok niego wolno, z rękami schowanymi w kieszeniach, jakby tylko udawała, że przyszła tu z własnej woli.
Ich ulubionym miejscem był stary dąb na wzgórzu. Drzewo rosło tak długo, że wydawało się częścią ziemi, nie lasu. Grube korzenie wystawały spod mchu jak kamienne węże, a pień był tak szeroki, że nawet we dwoje nie objęliby go ramionami.
Franek usiadł na jednym z korzeni i nagle zmarszczył brwi.
Spod mchu błysnęło coś metalowego.
– Lena, patrz.
Dziewczynka przykucnęła obok niego. Razem odgarnęli mech i cienką warstwę ziemi. Najpierw pokazała się klamka. Potem krawędź. A potem całe małe drzwi, ukryte tuż pod pniem dębu.
Były niższe od Franekowego kolana, ciężkie i dziwnie gładkie. Na drewnie wiły się rzeźbione stworzenia o piórach, łuskach i długich ogonach. Na środku drzwi tkwił niebieski kamień, który migał słabym światłem, jakby oddychał.
Lena cofnęła dłoń.
– Może nie powinniśmy ich otwierać.
Franek nachylił się bliżej. Kamień zamigotał mocniej.
– Właśnie dlatego musimy sprawdzić, co tam jest.
Złapał klamkę i pchnął.
Drzwi ustąpiły od razu, bez oporu. Z wnętrza wypłynęło chłodne powietrze. Nie pachniało ziemią ani drzewami. Pachniało wanilią, dymem i czymś dawnym, jakby ktoś przed chwilą zgasił setki świec.
Za drzwiami zaczynał się wąski tunel. Ściany pulsowały bladym, księżycowym światłem, a pod stopami szeleścił drobny, srebrny pył.
Lena ścisnęła jego rękaw, ale nie puściła.
Szli coraz dalej, aż tunel nagle się rozszerzył i dzieci stanęły na krawędzi ogromnej jaskini. W środku rosły kryształy, które świeciły jak zamknięte gwiazdy. Nad kamienną posadzką krążyły świetliki wielkości dłoni. Pośrodku migotało jezioro, tak spokojne i kolorowe, jakby ktoś rozlał na wodę cały tęczowy atrament.
Nad taflą unosiły się cienie. Jedne miały skrzydła, inne długie ogony, a jeszcze inne tylko zarys sylwetek, których Franek nie potrafił rozpoznać.
I wtedy z ciemności nad jeziorem dobiegł cichy głos:
– Kto odważył się wejść do mojego świata?
Franek i Lena zastygli.
Po drugiej stronie jeziora coś poruszyło się nagle w mroku.