Troje przyjaciół trafia na zamknięte drzwi w starym domu pradziadka. Gdy odważyli się zajrzeć do środka, poddasze odpowiedziało czymś, czego nikt z nich się nie spodziewał.
Siedzieliśmy z Filipem i Mają na wąskich, zapleśniałych schodach prowadzących na poddasze domu mojego pradziadka. Stary dom trzeszczał cicho, jakby oddychał przez sen, a kurz unosił się w smugach światła z naszej latarki.
– Mówię wam, coś tam było słychać – szepnął Filip, ściskając latarkę tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. – Nie kroków. Coś gorszego. Jakby ktoś stał tuż nad nami i czekał.
Maja tylko prychnęła, ale nie odrywała wzroku od górnych drzwi. To ona od tygodnia powtarzała, że na poddaszu musi być coś więcej niż stare meble i zakurzone pudła. Ja udawałem, że mnie to nie obchodzi. W rzeczywistości od rana miałem w żołądku twardy, nieprzyjemny supeł.
W końcu Maja podniosła rękę i nacisnęła klamkę.
Drzwi ustąpiły z głuchym skrzypnięciem. Przez ułamek sekundy zza framugi buchnęło zimniejsze powietrze, jakby po drugiej stronie ktoś właśnie otworzył okno na środek nocy. Potem zapadła cisza tak pełna, że usłyszałem własny oddech.
– No? – wyszeptała Maja, już mniej pewnie. – Co tam jest?
– Pewnie rupiecie – mruknął Filip, choć jego głos drżał. – Albo jakiś wyjątkowo uparty gołąb.
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Z wnętrza poddasza dobiegł nas niski, ochrypły odgłos, jakby ktoś przeciągnął paznokciem po deskach.
Maja odskoczyła o krok. Filip złapał mnie za rękaw.
Wtedy drzwi same zaczęły się poruszać.
Najpierw ledwie zauważalnie. Potem mocniej, jakby coś po drugiej stronie napierało na nie z całej siły. Klamka drgnęła, a na jej metalowej powierzchni pojawił się cień dłoni. Cienia, którego nikt z nas nie mógł tam zostawić.