Troje przyjaciół spędza noc w opuszczonym domu na odludziu. Gdy zapada zmrok, w salonie pojawiają się drzwi, których wcześniej nie było.
Zmrok osiadał nad miasteczkiem ciężko i powoli, kiedy Lena, Bartek i Aga zeszli z rowerów na skraju lasu. Przed nimi stał opuszczony dom z czerwonej cegły, pochylony, poszarzały, jakby sam próbował wtopić się w drzewa. Od miesięcy krążyły o nim te same historie: nocne stukanie, blade światła w oknach, czyjś cień przemykający po piętrze. Dla innych to były tylko plotki. Dla nich - obietnica czegoś, co wyrwie ich z letniej nudy.
Weszli do środka przez wybitą szybę w kuchni. W środku pachniało kurzem, wilgocią i starym drewnem. Światła latarek rozcinały ciemność w wąskich, nerwowych smugach, zatrzymując się na obdrapanych ścianach, przewróconym krześle i pajęczynach wiszących w rogach jak cienkie zasłony. Bartek starał się żartować, ale jego głos brzmiał zbyt głośno i zbyt sztucznie. Aga milczała. Tylko Lena szła pewnie naprzód, jakby nie chciała przyznać przed sobą, że serce bije jej szybciej z każdą sekundą.
Schody na piętro trzeszczały złowieszczo przy najmniejszym ruchu, więc zostali na dole. Salon był pusty, prawie nagi, jeśli nie liczyć wypalonego kominka i zakurzonej szafki stojącej przy ścianie. I właśnie wtedy Aga przystanęła nagle.
Najpierw nie było nic. Potem z głębi domu dobiegł cichy, przeciągły skrzyp, jakby ktoś bardzo powoli przesunął mebel po podłodze. Bartek spojrzał w ciemny korytarz. Lena uniosła latarkę wyżej, ale snop światła ugrzązł w mroku, nie trafiając na nic pewnego.
W salonie stały drzwi. Ciężkie, stare, z matowego drewna. Chwilę wcześniej wszyscy byli gotowi przysiąc, że prowadzą tylko do małej, zagraconej spiżarni. Teraz jednak wyglądały inaczej. Na powierzchni desek połyskiwały wyryte znaki, cienkie i nieregularne, jak świeże rysy. Klamka była czarna i mokra od zimna. Zza drzwi dobiegał ledwie słyszalny szept - urywany, chropawy, niemożliwy do odróżnienia od oddechu domu.
Aga cofnęła się o krok. Bartek ścisnął mocniej latarkę, aż pobielały mu knykcie. Lena podeszła bliżej, niemal dotykając czołem chłodnego drewna. Przez szczelinę w dolnej części drzwi przemknął podmuch zimnego powietrza, niosąc ze sobą wilgoć, której nie powinno tam być, i jeszcze coś - zapach ziemi po deszczu, choć na zewnątrz od godzin nie spadła kropla.
Bartek zawahał się tylko przez moment. Potem wyciągnął rękę do klamki.
Metal był lodowaty.
I wtedy zza drzwi ktoś zapukał.