Zatrzymany czas

Z jedynym źródłem światła – latarką i księgą, która zaczyna… odpowiadać.

Zegar na wieży ratusza stanął dokładnie o 3:17 w nocy.

W całym miasteczku zrobiło się dziwnie cicho. Nie taka zwykła cisza, jak nocą – raczej taka, która zapada między dwoma uderzeniami serca, gdy człowiek jeszcze nie wie, czy coś się właśnie skończyło, czy dopiero zaczęło.

Natalia obudziła się z poczuciem, że coś jest nie tak. W mieszkaniu dziadka panował spokój – zbyt idealny. Przetarła oczy i spojrzała na telefon. Brak zasięgu. Brak Wi-Fi. Brak... godziny?

Telefon pokazywał tylko: – –:––.

Zeszła po schodach. Dziadek siedział w kuchni i pił herbatę. Ale nie ruszał się. Herbata unosiła się lekko z jego filiżanki, jakby ktoś ją zamroził w ruchu. A on sam… był jak posąg.

Natalia wydała z siebie krótki, zdławiony dźwięk. Przypadła do dziadka – jego oczy były otwarte. Jakby patrzył na coś, co nadal trwało w świecie, który się zatrzymał.

Wyszła na ulicę.

Ludzie zamarli w różnych pozach. Kobieta z wózkiem, pies w pół-skoku, rowerzysta zawieszony nad zakrętem. Nawet wiatr – liście lewitowały bezwładnie nad chodnikiem.

Tylko ona mogła się poruszać.

I wtedy – coś poruszyło się w cieniu za nią. Szybki cień. Ktoś jeszcze chodził w tym zatrzymanym świecie.

Nie była sama.


Zaczęła zostawiać ślady – kredą na murach, pinezki na drzwiach, linijki tekstu z książek na ławkach. Próbowała dotrzeć do innych. Do tego kogoś.

Po trzech dniach (a może tylko minucie?) usłyszała stukot kroków w bibliotece. Ktoś przewrócił książkę.

Na grzbiecie było napisane tylko jedno słowo: "Rozdział".
A pod spodem... cyfry.